| |
| |
| Lena
2003 - relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko |
| |
| |
|
strona:
|
| |
|
|
 |

pobierz pamiętnik |
LENA
(3.VI – 27. VIII. 2003 r.)
Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko |
|
| |
|
- strona 2 - |
| |
| |
| 15 VI 2003 r.
(56°20’47N, 106°02’22E, 306 npm) |
| |
Dzisiaj jest niedziela. Wstałem o godzinie 4.45 i
obudziłem chłopaków. Potem ognisko,
śniadanio-obiad, pakowanie się i w drogę.
Do godziny 10.00 płynęło się
fantastycznie, bowiem nie było jeszcze muszki.
Potem, jak co dzień przywitała nas armia głodnych
„koleżanek”. Jednak po raz pierwszy w tej
wyprawie, od początku dnia, aż prawie do końca
widzieliśmy błękit nieba. Czasami tylko
gdzieniegdzie na horyzoncie pokazywały się pożary
tajgi. Krajobraz w tych obszarach jest doprawdy
dziewiczy. Góry pokryte zielonym oceanem tajgi,
błękit nieba i kryształowa woda tworzą przepiękną
scenerię. Gdyby nie te spragnione naszej krwi
tysiące muszek, to całą parą można by było radować
się wyprawą. Niestety muszka czyni z niej
prawdziwą katorgę. Jesteśmy pokryci szczelnie
ubraniem od stóp aż po głowę a i tak wiele muszek
wdziera się i gryzie nasze ciała. Nawet tak prosta
czynność, jak wyjście podczas postoju z namiotu,
aby załatwić potrzebę fizjologiczną jest nie lada
wyczynem. Miejscowi ludzie mówią, że szczególnie w
tym roku syberyjska muszka jest prawdziwą plagą.
Plagą, którą wywołały samoczynne i spowodowane
przez ludzi pożary tajgi. To one wygnały ją z jej
naturalnego środowiska - ściółki leśnej w tajdze.
Ok. godz. 12.00 upał był tak wielki,
że zatrzymaliśmy się na odpoczynek, aby odsapnąć
na chwilę od wiosłowania i ataków muszki. Jednak
słońce tak przypiekało, że nieźle smażyliśmy się w
namiocie.
Po południu zaczął wiać leciutki
wiaterek z północy. Ruszyliśmy więc dalej na wodę.
Zdjąłem moskiterię z twarzy, gdyż nie było zbyt
wiele muszek wokół mnie i położyłem ją przed sobą
w kajaku. Raptownie powiał silny szkwał, który
wrzucił moskiterie do wody. Bardzo szybko zaczęła
tonąć. Próbowałem ją chwycić jeszcze wiosłem.
Niestety, moskiteria pogrążyła się w odmętach
Leny. Miałem świadomość, że poruszanie się bez
niej w tych warunkach jest sprawą bardzo trudną i
bolesną. Na szczęście prąd rzeki nie był w tym
miejscu zbyt szybki, a woda miała może głębokość
ok. 3 m. Jednak nikt z nas nie potrafił
zlokalizować dokładnego miejsca zatonięcia
moskiterii. Ponadto z kajaka nie było widać dna
rzeki. Postanowiłem na „chybił – trafił” nurkować
i szukać ją pod wodą. Bardzo cieszyłem się teraz z
faktu, że wziąłem na tę wyprawę maskę do
nurkowania, bowiem miałem wątpliwości w domu, czy
ją brać. Teraz tylko dzięki niej miałem jakieś
szanse dostrzeżenia zguby. Nurkowałem wielokrotnie
przeczesując dno Leny. Niestety bezskutecznie. W
końcu bezradny nurkując kolejny raz, przypomniałem
sobie, że patronem od rzeczy zagubionych jest
Święty Antoni. Do niego zwróciłem się w myślach o
pomoc. Wszyscy wiedzieliśmy, że szanse znalezienia
moskiterii nie były zbyt duże. Jednak po 10
minutach nurkowania Św. Antoni sprawił, że
ujrzałem zgubę pod wodą. Był to dla mnie
najwspanialszy widok dnia dzisiejszego.
Płynęliśmy jeszcze kawałek. Namiot
rozbiliśmy ok. 2 km za wsią Bojarsk. Potem
tradycyjny ceremoniał wojenny szybkiego wejścia do
namiotu z jak najmniejszą ilością muszki na sobie.
Następnie wspólne wybijanie muszki w namiocie,
której i tak nie da się wybić do końca. Potem, jak
co dzień, Msza Św. Jedzenie i spanie. Budzik
nastawiłem na 3.30 rano.
Do Ust-Kuta już tylko ok. 100 km. Z
informacji uzyskanych od ludzi wynika, że długość
Leny od Kacziuga do Ust-Kuta wynosi ok. 500 km.
Wierzę, że Dobry Bóg czuwa nad nami i wysłucha
naszych modlitw o zmniejszenie tych chmar muszek
nad naszymi głowami.
Płynęliśmy dziś ok. 9 godz. |
| |
| |
| 16 VI 2003 r. |
| |
Wypłynęliśmy o godz. 5.30. Dzisiaj nawet mimo
porannej godziny bardzo wcześnie zaatakowała nas
muszka. Było to spowodowane tym, że znowu
zaczęliśmy wchodzić w jakieś centrum pożaru.
Bardzo dużo dymu i roje muszki wokół nas, gryzącej
co się da i gdzie się da. W tym dymie minęliśmy
jakąś wioskę. Spotkaliśmy w niej strażaków, którzy
wyruszali na motorówce, aby gasić pożar. Zapytali
nas gdzie płyniemy i czy mamy chleb. Do brzegów
wioski wracał też jakiś dziadek. Prawdopodobnie
płynął z połowu ryb. Chciał się podzielić z nami
swoimi rybnymi zdobyczami. Ludzie na Syberii są
niesamowici. Są bardzo wrażliwi na drugiego
człowieka. Są zawsze gotowi pomagać drugiemu
człowiekowi w potrzebie. To jest coś czego
najbardziej doświadczyć można tylko na Syberii. Od
tych ludzi można się tylko uczyć otwartości na
drugiego człowieka.
Ok. 15 km za tą wioską zobaczyliśmy
parę namiotów rozbitych na prawym brzegu Leny.
Jakiś człowiek stojący na brzegu machnął w naszym
kierunku ręką zapraszając nas tym gestem do
siebie. Przybiliśmy więc do brzegu. Przywitało nas
ośmiu ludzi. Byli bardzo zdziwieni widokiem
kajaków w tym zadymionym miejscu. Byli strażakami.
Dziewięć dni temu, przybyli tu helikopterem, aby
gasić tajgę. Po przywitaniu poczęstowałem ich
cukierkami. Zaprosili nas na „czaj” i opowiadali o
swojej pracy. Chmary muszek kąsały nasze twarze.
Wszyscy strażacy pochodzili z miejscowości
Żelaznodarożna. Głównym ich sprzętem gaśniczym
były piły do cięcia drewna, łopaty i niewielkie
gaśnice wody, w kształcie plecaka ok. 30 l.
Mówili, że każdego dnia muszą oni wychodzić ok. 20
km w tajgę i walczyć z pożarem. Warunki w jakich
muszą pracować są katorżnicze. Ciągłe chmary
muszki, żar płomieni palących się setek drzew i
gęsty dym. Do tego żywność już się im kończy, a
helikopter nie wiedzą kiedy przyleci z
zaopatrzeniem. Muszą więc sami sobie radzić,
łapiąc rybę, aby przetrwać. Zarabiają grosze.
Dowódca w przeliczeniu rubli na dolary dostaje ok.
80$ miesięcznie, zaś reszta strażaków ok. 50$
miesięcznie. Trudno za takie zarobki żyć normalnie
w Rosji. Strażacy Ci wywarli na nas ogromne
wrażenie. Są naprawdę przykładami hartu ducha
ludzkiego i ciała. Pożegnaliśmy się z nimi ok.
12.00 godz. i popłynęliśmy dalej.
Po ok. 20 km od miejsca biwakowania
strażaków pogoda się poprawiła. Dymy zniknęły i
zaświeciło nad głowami naszymi słońce. Muszka nie
gryzła już tak intensywnie, jak w gęstych dymach.
Wiosłowaliśmy w sumie ok. 10 godz.
Jesteśmy już ok. 15 km przed Ust-Kutem. |
| |
| |
| 17 VI 2003 r.
(56°46’45N, 105°44’57E, 259 npm) |
| To położenie
geograficzne wziąłem z GPS w porcie w Ust-Kucie. |
| |
Wstaliśmy celowo trochę później, bo o godz. 9.00,
ale już o 10.00 zaczęliśmy wiosłować. Po ok. 2
godzinach płynięcia powitały nas dźwigi portowe
Ust-Kuta. Nasz największy wróg - syberyjska
muszka, im bliżej zbliżaliśmy się do miasta powoli
kapitulował.
Byłem w Ust-Kucie już dwa razy
przejazdem , cztery i dwa lata temu. Wtedy miasto
to wydawało mi się dziurą na końcu świata. Teraz
zaś po doświadczeniach prawie 500 km płonącej
tajgi, wpływałem do tego miasta z odczuciem,
jakbym zbliżał się do centrum wielkiej
cywilizacji. Jak szybko może zmienić się punkt
spojrzenia człowieka na tą samą rzeczywistość!
Zatrzymaliśmy się na brzegu, w porcie
pasażerskim, z którego wypływają promy aż do
Jakucka, oddalonego stąd prawie 2000 km. Na
powitanie nas wyszli przypadkowo, jacyś dwaj
ludzie bardzo dobrze ubrani jak na syberyjskich
mieszkańców. Zapytali nas skąd i dokąd płyniemy.
Odpowiedziałem więc, że z „dieriewni” Kacziuga do
Tiksi. Opowiedziałem im trochę o dotychczasowej
naszej podróży, o pożarach i chmarach muszek.
Jeden z nich zaoferował nam pomoc w zakupach w
Ust-Kucie, bowiem wspomniałem mu o celu naszego
zatrzymania się w tym mieście. Wziąłem więc z sobą
Tomka, a Piotrka zostawiłem przy brzegu, aby
pilnował naszych kajaków i ruszyliśmy na zakupy.
Przy budynku dworca promowego była apteka.
Przewodnik nasz poprosił abyśmy na niego chwilę
poczekali, sam zaś wstąpił do apteki i kupił nam,
jakiś dezodorant przeciw różnym insektom.
Następnie zapytał nas, czy chcemy przetelefonować
do Polski. Odpowiedziałem, że „Da”. Zaprowadził
nas do jakiegoś dużego budynku do biura. Wejścia
do biura pilnowała jakaś sekretarka, która bardzo
grzecznie przywitała naszego przewodnika. Szybko
zrozumieliśmy, że nasz przewodnik okazał się
dyrektorem, jakiejś dużej firmy. Dał nam swoją
wizytówkę. Firma jego nazywała się „Eliektroswiaz”
a on sam Gultjaiew Anatoli Dmitriewicz. Dyrektor
Anatol dał nam w swoim biurze telefon, abyśmy
mogli przetelefonować do Polski i udostępnił
internet, z którego wysłałem parę e-maili.
Następnie ruszyliśmy na zakupy. Dyrektor Anatol
prowadzał nas po różnych spożywczych sklepach,
gdzie kupowałem produkty na dalszą podróż.
Przewodnik nasz był na tyle miły, że telefonował
nawet z swego telefonu komórkowego do dyrektora
portu w Kireńsku w celu dowiedzenia się czy jest
na tamtych terenach muszka i czy mogą nas tam
ugościć, jak przypłyniemy. Niestety nikt nie
odbierał telefonu w Kireńsku. Ludzie na Syberii są
niesamowici. Kiedy przynieśliśmy zakupy na brzeg
Leny dyrektor Anatol dał swój telefon komórkowy
Piotrkowi, aby mógł przetelefonować do swojego
domu. Wypiliśmy wspólnie z dyrektorem Anatolem
przy kajakach po dwa piwa i wyruszyliśmy na dalszy
etap naszej wyprawy.
Ust-Kut jest obecnie ok. 60
tysięcznym miastem. Jest jednym z największych
miast na arterii Leny. Pełni ono bardzo ważną
funkcję transportową, bowiem przez nie przebiega
linia kolejowa BAM. W Ust-Kucie jest też jedyny
stały most przez rzekę Lenę. W górnym biegu Leny
od Kacziuga są też budowane mosty, ale są to
zwykle mosty sezonowe i rozmontowywane na okres
zimowy. Odnośnie zaś dolnego odcinka rzeki od
Ust-Kuta, to nie ma już dalej na Lenie żadnych
mostów.
Wypływaliśmy z Ust-Kuta bardzo długo.
Mijaliśmy po drodze wiele statków zakotwiczonych
przy brzegach Leny. Szczególne wrażenie robią
złomowiska statków. Rdzewiejące statki stoją
czasami jedne na drugich. Widok ten jest bardzo
ciekawy. Od tej pory musieliśmy też uważać, aby
nie zderzyć się z jakimś pływającym po Lenie
statkiem. Pływa ich bowiem po Lenie na tym odcinku
dość dużo.
Lena w tym roku w okolicach Ust-Kuta
jest bardzo płytka. Kiedy byłem tu ostatni raz dwa
lata temu, to rzeka była co najmniej dwa razy
szersza niż aktualnie. Prąd rzeki jak na razie
jest dobry.
Wpadłem dzisiaj na pomysł, aby młodym
traperom wyznaczyć dyżury kuchenne. Niech się
chłopaki uczą. Jak warunki wyprawy będą nadal
ciężkie, to będę gotował ja. Jeśli zaś nie, to
niech oni biorą się do roboty.
Wiosłowaliśmy dziś w sumie ok. 7
godzin. |
| |
| |
| 18 VI 2003 r. |
| |
Wypłynęliśmy ok. 9.30 godz. Temperatura powietrza
bardzo się obniżyła, niebo się zachmurzyło i
zaczął wiać wiatr z północy. Chmury na niebie
szybko wędrowały. Parę razy padał nawet przelotny
deszcz. Dość ciężko płynęło się pod wiatr, ale to
co najważniejsze, nie było muszki. Jak cudowny był
świat bez muszki !
Na odcinku Leny Ust-Kut – Kireńsk
jest ogromny ruch statków różnego typu, począwszy
od pasażerskich do towarowych. Szczególne
utrudnienie na tym odcinku mają w nawigacji długie
statki towarowe, z powodu bardzo niskiego stanu
wody w tym roku. Pełne zdumienie zbudził we mnie
widok manewrów ok. 50 metrowych statków i
mniejszych holujących dodatkowo jakieś kontenery,
które pokonywały zakręty rzeki o szerokości ok. 20
metrów. Sternicy tych statków musieli być
mistrzami nawigacji rzecznej. Miłą niespodzianką
był dla nas fakt, że kapitanowie prawie wszystkich
mijających nas statków witali nas. Najczęściej
dawali ze statku parę dźwięków, witali także
czasami poprzez mikrofony, jak i również machali
na powitanie rękoma z nawigacyjnych kabin.
Stanowiliśmy chyba dla okolicznych ludzi nie
typowy widok w naszym sprzęcie pływającym.
Odnośnie dyżuru kuchennego Tomka, to
wypadł na medal. Płynęliśmy dziś ok. 11 godz. |
| |
| |
| 19 VI 2003 r. |
| |
Wstaliśmy ok. 9 godz. Słońce porządnie już zaczęło
przypiekać. W dniu dzisiejszym dyżur kuchenny
przypadł na Piotrka. Wszystko szło mu bardzo
dobrze do momentu w którym spróbowaliśmy zupki
chińskiej. Smak tej zupki był jakiś dziwny. Szybko
okazało się, że została ona zalana ciepłą, a nie
gotującą się wodą. Wodę do picia braliśmy
najczęściej bezpośrednio z rzeki. Ważne więc było
jej wygotowanie, zwłaszcza, kiedy zachodziła
obawa, że może być brudna z powodu nie wielkiej
odległości od miasta, czy też dużej komunikacji
statkami, które mogą wylewać do niej przypadkowo
,czy też nie, wiele zanieczyszczeń. Wypadało
jednak darować Piotrkowi te pierwsze jego
kulinarne poczynania, a całe zdarzenie potraktować
jako znak, że będzie jeszcze z niego dobry
kucharz. W sumie jednak zupa nie była najgorsza,
zawsze to było jakieś urozmaicenie w smaku.
Rzeka Lena od Ust-Kuta zmieniła swój
charakter. Stała się z cichej, spokojnej rzeczki
bardzo uczęszczanym przez statki szlakiem
nawigacyjnym. W krajobrazie rzeki pojawiają się
teraz dość często, na tle przepięknych odcieni
zieleni tajgi i wzgórz, przeróżne statki. Lena
stała się także bardzo kręta. Spowodowane to jest
pewnie rzeźbą geograficzną tych terenów. Na
odcinku od Ust-Kuta do Kireńska nie wpada do Leny
żadna większa rzeka. Jeśli chodzi o prąd rzeki, to
nie wydaje się on szybki, ani mały. Jest on chyba
taki sam, jak na odcinku z Kacziuga do Ust-Kuta.
Być może jest to spowodowane dość niskim poziomem
wody w rzece w tym roku.
Płynęliśmy ok. 9,5 godz. Biwakujemy
prawdopodobnie parę kilometrów za wsią Markowo. |
| |
| |
| 20 VI 2003 r. |
| |
W dniu dzisiejszym od rana wiał bardzo silny
północny wiatr. Bardzo ciężko było płynąć do
przodu. Szczególnie duży wysiłek związany z
pokonywaniem oporu wiatru odczuwałem w moim
kajaku, gdyż nie ma on dobrych właściwości
nautycznych. Jest troszeczkę za krótki (4, 85 m) i
zbyt szeroki (87 cm), jak na jedną osobę. Starszy
kajak na którym płynęli Tomek i Piotrek ma o wiele
lepsze właściwości nautyczne. Nie muszą więc się
męczyć tak mocno, jak ja.
Pod wieczór dopłynęliśmy do wsi
Makarovo. We wsi chcieliśmy się zatrzymać na
chwilkę, aby nabrać wody (bowiem po drodze nie
było strumieni, które wpadałyby do Leny) i kupić
chleb oraz inne produkty. Woda od Ust-Kuta jest w
Lenie bardzo brudna. Wcześniej od Kacziuga do
Ust-Kuta była czysta.
Po wylądowaniu na brzegu we wsi
Makarovo przyjechał do nas jakiś ruski samochód
typy „gruzawik”. Wyszło z niego nas przywitać
dwóch chłopaków. Powiedziałem im w skrócie o
naszej podróży i celu zapłynięcia do ich wioski.
Zaproponowali mi pomóc. Wsiedliśmy do starego już
„gruzawika” i pojechaliśmy szukać jakiegoś
otwartego w tych godzinach wieczornych sklepu, aby
kupić chleb i inne produkty. Tomek i Piotrek
zostali, by pilnować kajaki. Po zakupie produktów
spożywczych „gruzawiki” zawieźli mnie do jakiegoś
źródła bardzo dobrej wody, które było oddalone
jakieś 10 km od wioski. W trakcie rozmowy w
samochodzie dowiedziałem się, że obaj „gruzawiki”
mają na imię „Aleksi”. Zarabiają oni na życie
wożąc drzewo z lasu swoim samochodem.
Kiedy wróciłem z zakupami na plażę,
koło naszych kajaków stało dużo gapiów, którzy
albo się przypatrywali, albo rozmawiali z Tomkiem
i Piotrkiem. Wypiłem z „gruzawikami” Aleksami w
ramach wdzięczności za ich pomoc po „kielichu”.
Na plaży poznałem jeszcze następnego
Aleksiego i jego żonę Niwę. Ten Aleksi był bardzo
ciekawym człowiekiem. Służył on 7 miesięcy w
Czeczeni, gdzie musiał walczyć. Opowiadał trochę o
sobie i swoim życiu. Mówił, że ośmiu chłopaków z
jego wioski zginęło w Czeczeni. Na dalszą drogę on
i jego żona dali nam mleko i jakiś specjalnie
przez nich robiony podpiwek dobry na ugaszenie
pragnienia. Po serdecznym pożegnaniu popłynęliśmy
dalej.
Ludzie na Syberii są niesamowici.
Płynęliśmy dziś ok. 8 godzin. |
| |
| |
| 21 VI 2003 r.
(57°39’36N, 108°02’17E, 249 npm) |
| |
Wypłynęliśmy o godz. 10.00. Zauważyliśmy, że prąd
rzeki jest coraz słabszy. Ma się nawet odczucie,
że go w ogóle nie ma. Rzeka jest w tych okolicach
bardzo kręta. Raz się płynie na północ, a za
chwilę wraca się na południe i tak wkoło.
Krajobraz niczym szczególnym nie zaskakuje. Płynie
się bardzo monotonnie.
Namiot rozbiliśmy późnym wieczorem
naprzeciwko jakiejś wsi, która jest położona na
prawym brzegu Leny. Do Kireńska mamy ok. 25 km.
Płynęliśmy dziś ok. 9 godz. |
| |
| |
| 22 VI 2003 r.
(57°54’02N, 108°25’38E, 247 npm) |
| |
Wstałem ok. godz. 9.00. Kiedy wyszedłem z namiotu,
aby się zamoczyć w Lenie na przebudzenie
dostrzegłem zbliżającą się motorówkę z trzema
chłopakami. Wysiedli na brzeg z motorówki i po
przywitaniu zapytali mnie, czy nie wiedziałem,
gdzieś w okolicy jakiegoś „zwiera”- zwierzęcia do
upolowania. Chłopcy jechali bowiem na polowanie.
Zaczęliśmy rozmawiać. Gdy się dowiedzieli, że nie
mamy chleba na śniadanie wyjęli ze swojej łodzi
dwa bochenki. Nie chcieli za nie pieniędzy.
Poczęstowaliśmy ich śniadaniem. Oni zaś
odwzajemnili się flaszką wódki, którą wspólnie
szybko wypiliśmy. Dali mi również postrzelać z ich
zabytkowej broni, którą wzięli na swoje łowy.
Wymieniliśmy się adresami i serdecznie
pożegnaliśmy.
Do Kireńska płynęliśmy z miejsca
naszego biwakowania jeszcze ok. 3,5 godz.
Zrobiliśmy tam zakupy na dalszą drogę. Kiedy
niosłem zakupy z Piotrkiem do kajaków dostrzegłem
w oddali pływającą koło naszych „bajdarków”
znajomą motorówkę. Byłem ciekawy, czemu chłopcy
tak szybko wrócili z polowania. Wkrótce bez słów
zrozumiałem ich nagły powrót z łowów. Dwaj młodzi
myśliwi spali twardo na dnie motorówki w
zamroczeniu alkoholowym. Trzeci zaś myśliwy, który
pewnie nie pił, tak dużo jak tamci, bowiem musiał
kierować łodzią, był trzeźwy. Dał nam na dalszą
drogę jeszcze więcej bochenków chleba i wiele
innych produktów spożywczych. Eskortował nas
również, abyśmy bezpiecznie przepłynęli przez jego
miasto, które w jego opinii było niebezpieczne(?).
Niesamowici są ludzie na Syberii.
W Kireńsku wpada do Leny rzeka
Kirenga. Z informacji uzyskanych wcześniej od
Romana Koperskiego wiedzieliśmy, że dopiero teraz
zacznie się porządny prąd rzeki. Cieszyliśmy się
przed czasem z myśli, że nie będziemy już musieli
silnie wiosłować, a prąd rzeki będzie nas niósł 12
km/h. Byliśmy też bardzo ciekawi na ile informacja
ta jest prawdziwa. Niestety bardzo szybko okazała
się kłamstwem. Prąd 12 km/h mieliśmy tylko na
odcinku ok. 4 km po wpadnięciu Kirengi. Dalej zaś
znowu trzeba było silnie wiosłować, jak to
robiliśmy dotychczas. Szczególnie na długich
prostych. Prąd rzeki w niektórych miejscach trochę
przyśpieszał, w niektórych był bardzo wolny.
Częściej jednak był wolny. Wiosłować i tak trzeba
było, jak wcześniej – żadnej zmiany.
Po południu złapał nas deszcz. Dużo
niskich chmur wędrowało z kierunku południowego.
Płynęliśmy ok. 8 godz. |
| |
| |
| 23 VI 2003 r. |
| |
Wypłynęliśmy o godz. 10.00. Niebo było bardzo
zachmurzone. Mieliśmy więc bardzo dużo przelotnych
opadów.
Przed wsią Pietropawłoskoje
podpłynęła do mnie motorówka. Piotrek i Tomek w
tym czasie znajdowali się jakieś 400 m przede mną.
W motorówce było dwóch mężczyzn. Widać, że byli
ciekawi, kto płynie w takim niespotykanym w ich
regionach sprzęcie wodnym. Na początek wyjęli więc
wódkę i poczęstowali „kielichem”. Po tradycyjnym
rosyjskim obrzędzie zawarcia przyjaźni
rozmawialiśmy na różne tematy. Jeden z nich był z
pochodzenia Polakiem nazywał się Jankowski. Po tym
jak dowiedział się, że płyniemy kajakami aż do
Tiksi wręczył mi w prezencie, na dalszą drogę,
bardzo dobry nóż, który samodzielnie wykonał. Nóż
był bardzo ładny, z bardzo dobrej stali i widać
było, że jest solidnie wykonany. Głupio mi było go
przyjąć nie odwdzięczając się czymś w zamian. Nie
wiedziałem co mu dać. Przypomniałem sobie, że mam
dwie zimowe czapki. Wyjąłem więc jedną i wręczyłem
mu w prezencie. Nie chciał jej przyjąć tłumacząc,
że za kołem podbiegunowym będzie mi ona bardzo
potrzebna. Przekonałem go jednak, że mam jeszcze
jedną czapkę, która całkowicie mi wystarczy na
zimne klimaty. Niesamowici są ludzie na Syberii.
Po pożegnaniu się z nimi popłynąłem dalej. Wkrótce
jednak podpłynęła do mnie inna motorówka. Byli to
strażnicy rybni, którzy kontrolują na rzece
rybaków i ich połowy. Porozmawialiśmy chwilkę,
wypiliśmy po „kielichu” i serdecznie się
pożegnaliśmy. Niesamowici są Ci ludzie na Syberii.
Po południu deszcz padał już przez
cały czas. Mimo to płynęliśmy do 22.00 godz. Po
rozbiciu namiotu: Msza Św. jak codziennie i
spanie.
Płynęliśmy dzisiaj ok. 9 godzin. |
| |
| |
| 24 VI 2003 r.
(58°34’33N, 109°56’14E, 221 npm) |
| |
Ranek mieliśmy pochmurny i wilgotny. Ciężko było
rozpalić ognisko. Wypłynęliśmy ok. godz. 10.00.
Niebo trochę się przejaśniło. Podziwialiśmy więc
przepiękne krajobrazy brzegów Leny mieniące się
tysiącami barw odcieni zieleni tajgi. Wyłaniające
się naszym oczom widoki były prześliczne, ale i
tak nasze ręce nieustannie machały wiosłami. Pod
wieczór zmoczył nas deszcz.
Płynęliśmy ok. 9 godz. Wchodzimy już
na dobre w rytm wyprawy. Apetyty wilcze. Żołądki
oswojone z niehigienicznym i nieczęstym pokarmem.
Ciało oswojone z potem i brudem. Mięśnie oswojone
z wysiłkiem i bólem. Dłonie oswojone ze spaloną,
popękaną i krwawiącą skórą. Syberia nie
rozpieszcza. Tu za romantyzm przygody płaci się
dużą cenę.
Tempo wyprawy jest, jak na
razie dobre. |
| |
| |
| 25 VI 2003 r. |
| |
W dniu dzisiejszym wiał prawie przez cały czas
dość silny północny wiatr. Na moim kajaku płynęło
się piekielnie. Wiatr wiał najczęściej w twarz.
Zastanawiałem się dlaczego jest mi tak ciężko
nadążyć w moim kajaku za Tomkiem i Piotrkiem.
Doszedłem do wniosku, że jest to spowodowane
wieloma czynnikami.
Po pierwsze budową kajaka, którym
płynę. Nie posiada on dobrych właściwości
nautycznych. Jest za krótki i zbyt szeroki na
jednego człowieka. Kajak ten zacząłem pogardliwie
nazywać „pontonem”. Zaletą mego „pontonu” jest to,
że jest bardzo stabilny, a przez co bezpieczny.
Bardzo ciężko byłoby go wywrócić do góry dnem. Za
to, aby móc się nim poruszać do przodu przy
dzisiejszej wietrznej pogodzie, to bicepsy trzeba
mieć grubo powyżej 40 cm.
Po drugie kajak mój jest porządnie
obładowany. Prawie cały ekwipunek naszej wyprawy
znajduje się w nim, przez co jest ciężki.
Po trzecie moje wiosło jest drewniane
z prostymi piórkami i do tego dość ciężkie. Jednak
wiosłując tylko takim wiosłem mogłem poruszać się
do przodu dobrym tempem. Gdybym zamienił się z
chłopakami wiem, że bardzo szybko zostałbym daleko
w tyle i nie byłoby mowy o trzymaniu jakiegoś
dobrego tempa wyprawy. W czasie płynięcia
zamieniłem się nawet na chwilę z chłopakami na
wiosła dla sprawdzenia ich zalet. Tomka wiosło po
zamianie było w moich rękach jak zabawka dla
dziecka, a Piotrka, które jest najlżejsze i
najkrótsze ze wszystkich, jak maskotka dla
niemowląt. Wiosła ich jednak mają zaletę, że
piórka są ustawione pod kontami, przez co nie
muszą pchać wiatru. Chłopaki zrewanżowali się mi
nazywając moje wiosło „łopatą”.
Po czwarte wiatr, ten nie jest dobry
dla mojego kajaka. Gdyby wywoływał on duże fale,
to pewnie lepiej bym się poruszał do przodu,
chowając się w dolinach fal od wiatru, i serfując
z wierzchołków fal. Niestety wiatr ten wiał tak,
że nie wywoływał, jakichś szczególnych fal.
Po południu do mojego kajaka
podpłynęła motorówka. Było w niej dwóch mężczyzn.
Przywitali mnie, po czym zapytali skąd płynę i
dokąd. Następnie zaprosili do swojej chatki
traperskiej w gościnę. Mówili, że jest ona
oddalona z stąd jakieś 25 km w dół rzeki,
niedaleko wsi Czastych. Podziękowałem im za
zaproszenie i popłynąłem do przodu. Oni zaś
popłynęli w górę rzeki, aby „rybaczit”- łowić
ryby.
Wieczorem kiedy zbliżaliśmy się do
wioski Czastych zjawili się na motorówce dwaj
rybacy, którzy mnie wcześniej zapraszali na
gościnę do ich domu. Nie było teraz wyboru, głupio
by było im odmówić, tym bardziej, że i tak robiło
się już ciemno. Popłynęliśmy więc do ich
traperskiej chatki. Gospodarze szybko okazali się
wspaniałymi ludźmi. Jeden z nich miał na imię
Witia (ok. 60 lat), drugi zaś Władimir (ok. 50
lat). Witia mieszka samotnie w tajdze już od 30
lat. Władimir zaś jest jego kuzynem. Na stałe
mieszka w Kireńsku. Aktualnie zaś przyjechał do
Witi, aby wspólnie z krewnym połapać ryby i
polować. Na początku gospodarze poczęstowali nas
wieloma gatunkami surowej ryby. Potem przygotowali
„banię”. Witia opowiadał nam dużo o życiu w tajdze
i o różnych przygodach, które tutaj przeżył. Przy
czym opowiadał to w sposób bardzo humorystyczny.
Władimir zaś to człowiek dusza. Widać było, jak z
całego serca chciał nas ugościć. Mówił, że jego
pradziad był Polakiem. Nazywał się Kuczyński.
Czuło się, że dla tych ludzi
najważniejszy jest drugi człowiek i ,że tu na
Syberi wciąż aktualne jest przysłowie „Gość w domu
– Bóg w domu”. Surowa Syberia uczy ogromnej
wrażliwości na drugiego człowieka.
Witia krytykował życie w mieście, gdzie człowiek
staje się zamknięty. Opowiadał, że kiedyś pojechał
do Moskwy i bardzo się zdziwił, że w bloku u swego
kuzyna sąsiedzi się nie znają. Kupił więc dużo
wódki i zaprosił wszystkich sąsiadów do siebie.
Podsumował, że właśnie tacy są Sybiracy.
Pierwszy raz od początku wyprawy
spaliśmy pod dachem. Co prawda chatka traperska
składała się wyłącznie z jednego pokoju, ale jakoś
się w niej pomieściliśmy.
W dniu dzisiejszym płynęliśmy ok. 9
godz. |
| |
| |
| 26 VI 2003 r.
(58°54’56N, 111°16’51E, 195 npm) |
| |
Rano pożegnaliśmy się serdecznie z Witią i
Władimirem i popłynęliśmy dalej z nurtem Leny. Oni
zaś motorówką wybrali się, aby wybrać rybę z
sieci. Po ok. 25 minutach usłyszeliśmy warkot
motorówki za naszymi plecami. To Witia i Władimir
płynęli do nas, aby podarować nam na dalszą drogę
dopiero co złapanego dużego szczupak. Niesamowici
są ludzie na Syberii.
Na najbliższym postoju szybko
wypatroszyliśmy i ze smakiem zjedliśmy tego
szczupaka. Apetyty bowiem mamy jak głodne wilki,
gotowe pożreć wszystko.
W dniu dzisiejszym przywitały nas na
rzece przepiękne spadające pionowo do wody skalne
klify. Jak do tej pory, to nie widzieliśmy
piękniejszych na Lenie. Były naprawdę
fantastyczne. Wysokość i kształt ich zapierały
dech w piersiach. Do tego były położone w dzikim
relatywnie regionie na rzece. Przez cały dzień
bowiem nie widzieliśmy ani jednej wioski, ani
jednej motorówki. Tylko parę razy - trzy albo
cztery - minęły nas na rzece płynące statki.
Mimo, że pogoda była słoneczna wiał
północny wiatr. W związku z tym dość ciężko mi
osobiście się wiosłowało. Tym bardziej, że moje
ręce były w fatalnej kondycji. Skóra na dłoniach
jest spalona od słońca i częstego kontaktu z żarem
ognisk. Do tego popękana z krwawiącymi dużymi
ranami. Na dodatek mam jeszcze jakieś problemy z
czuciem w końcówkach palców prawej ręki. Cały czas
mam je zdrętwiałe i słabo czuję. Pewnie to jakiś
problem związany z nerwami w tej część ciała. Mimo
jednak tych bólów twardo się płynie do przodu.
Wiosłowaliśmy dziś ok. 9 godz. |
| |
| |
| 27 VI 2003 r.
(59°13’06N, 111°56’57E, 188 npm) |
| |
Dzień dzisiejszy był bardzo upalny. Słońce od rana
do wieczora porządnie nas przypiekało.
W trakcie płynięcia w rannych jeszcze
godzinach zatrzymaliśmy się na chwilę przy jakimś
zakotwiczonym w tajdze statku. Ludzie znajdujący
się na pokładzie zapraszali nas na „czaj”.
Odmówiliśmy im tłumacząc się, że „niet wriemi” –
nie mamy czasu. Uwagę naszą jednak skupił
znajdujący się na pokładzie mały niedźwiadek.
Ludzie mówili, że znaleźli go w lesie.
Prawdopodobnie ktoś zabił jego matkę, a on sam
uciekł. Niedźwiadek nie miałby żadnych szans na
samotne przetrwanie w tajdze. Miał dużo szczęścia,
że dobrzy ludzie znaleźli go przypadkowo w lesie.
Piotrek zrobił niedźwiadkowi dużo zdjęć.
Po południu podpłynęła do nas
motorówka. Był w niej jakiś mężczyzna ze swoim
synem. Przyjechali w te regiony Leny, aby połapać
rybę. Sami mieszkali w jakieś wiosce odległej stąd
ponad 100 km. Porozmawialiśmy krótko na wodzie.
Dowiedzieliśmy się od nich, że nie daleko stąd, w
dole rzeki jest źródełko z leczniczą wodą. Na
dalszą drogę dali nam trochę ryby nie dawno
złapanej.
Wieczorem przybiliśmy do tego
leczniczego źródełka. Woda płynęła ze skały,
jednak jej zapach przypominał odór zgniłych jaj,
więc każdemu z nas szybko odechciało się ją pić.
Płynęliśmy dziś ok. 9 godz. |
| |
| |
| 28 VI 2003 r.
(59°39’53N, 112°47’36E, 175 npm) |
| |
Zbudziłem dziś Piotrka i Tomka trochę wcześniej.
Powodem tego była chęć dotarcia w dniu dzisiejszym
do wsi Vitim, w której zamierzaliśmy zrobić zakupy
na dalszą drogę. Drugim nieoczekiwanym powodem
była muszka, który zaatakowała mnie wściekle po
wyjściu z namiotu, aby rozpalić ognisko. Szybko
więc należało działać.
W trakcie płynięcia przypadkowo
spotkaliśmy wczorajszego znajomego z synem. Znowu
dali nam dużo ryby. Ludzie na Syberii są
niesamowici.
Dotarliśmy do Vitima w godzinach
popołudniowych. Tam wydarzył się nam pewien
incydent. Otóż po zakupach zapoznaliśmy się na
plaży z miejscowymi ludźmi. Porozmawialiśmy trochę
na różne tematy. Jedna kobieta dała nam na dalszą
drogę pierożki, które sama zrobiła. Tomek zaś
przez nieuwagę włożył do mojego kajaka ręcznik
plażowy tych ludzi. Dopiero po ok. 3 km zauważyłem
go leżącego w kajaku. Było mi trochę głupio z tego
powodu, bowiem ktoś mógłby pomyśleć, że go celowo
ukradliśmy. Wiedziałem, że trzeba go jakoś
zwrócić, ale sprawa ta nie była taka prosta. Prąd
rzeki Leny bowiem od wpłynięcia do niej rzeki
Vitim był naprawdę silny. Płynięcie pod prąd
kajakiem zajęłoby dużo czasu i wymagałoby wiele
wysiłku. Szczerze mówiąc spróbowałem nawet płynąć
pod ten prąd, ale szybko porzuciłem ten pomysł.
Zdecydowałem więc, że popłyniemy do najbliższego
brzegu i znajdziemy kogoś z motorówką, aby
podrzucił któregoś z nas, by oddać ręcznik. Vitim
jest dużą wioską i domy ciągnę się przez długi
czas koło brzegów Leny. Po paru minutach
poszukiwania trafiliśmy na oficera nadzoru rybnego
w tym regionie, który zgodził się nam pomóc. Tomek
pojechał z nim, aby oddać ręcznik. Ja zaś
gawędziłem na brzegu z jakimś wędkarzem, który
łapał tu rybę. Dowiedziałem się od niego, że wieś
Vitim liczy ok. 6 tysięcy ludzi. W ich wsi nie ma
problemu z bezrobociem. Wędkarz mówił, że on sam
pracuje w jakiejś firmie, która trudni się
wydobywaniem ropy. Miesięcznie zarabia w
przeliczeniu na dolary USA ok. 500$. Do pracy nie
ma daleko, bo złoża ropy znajdują się tuż przy ich
wiosce. Innym zajęciem, którym trudni się wiele
mieszkańców jego wsi jest wyrąb tajgi. Przy pracy
tej można zarobić ok. 350$ miesięcznie. Wędkarz
mówił też o jakimś ogromnym meteorycie, który
spadł niedaleko wioski rok temu. Dokładnie spadł
on na tajgę koło rzeki Vitim ok. 100 km przed
wpadnięciem jej do Leny. Wspomniał, że
przyjeżdżali już badać ten teren naukowcy aż z
Japonii. Samotne jednak poruszanie się po tym
obszarze jest niebezpieczne z powodu
promieniowania.
Mimo iż przygoda z ręcznikiem zajęła
nam dużo czasu płynęliśmy ok. 8,5 godz. |
| |
| |
| 29 VI 2003 r.
(60°08’03N, 113°55’45E, 168 npm) |
| |
Rano znowu dokuczyły nam muszki, więc szybko
uciekaliśmy z miejsca biwakowania. Śniadanie
jedliśmy dopiero w południe. Dzień był bardzo
upalny. Słońce paliło niemiłosiernie. Krajobraz
jednak był trochę monotonny, tym bardziej, że
rzeka była mało kręta. W oddali pojawiły się
wierzchołki jakichś wzniesień.
Prąd Leny od wejścia do niej rzeki
Vitim znacznie się polepszył. Mieliśmy więc
nadzieję, że wreszcie zaczniemy szybciej pokonywać
kilometry.
Trochę mi dokuczają pokaleczone ręce.
Krew leje się z ran dłoni. Jest to chyba
spowodowane moim drewnianym wiosłem i kajakiem, na
którym płynę. Skóra dłoni strasznie się napina
przy wiosłowaniu a następnie pęka powodując
głębokie krwawiące rany. Do tego wiatr, woda,
słońce i żar rozpalonych ognisk mają w tym swój
niemały udział. To nic, kiedyś w końcu skóra musi
przywyknąć do takich warunków.
Płynęliśmy ok. 8 godz. |
| |
| 30 VI 2003 r.
(60°37’49N, 114°42’02E, 148 npm) |
| |
Pochmurny dzień. Parę razy skropił nas podczas
płynięcia maleńki deszczyk. Krajobraz monotonny. W
sumie nic ciekawego.
Najgorszym problemem był dla mnie
dzisiaj wiatr wiejący prosto w twarz. Kajak na
którym płynę, to prawdziwa katorga dla ciała i
psychiki. Nie dość, że wymaga ode mnie użycia
nieludzkich sił podczas płynięcia w takich
warunkach, to na dodatek nie można na nim utrzymać
obranego kursu. I właśnie walka o utrzymanie kursu
powoduje zaangażowanie dodatkowych sił. Płynę więc
często zygzakiem. Staram się jednak trzymać dobre
tempo. Jestem pewny, że ani Tomek ani Piotrek nie
przepłynęliby tym kajakiem, w takich warunkach i
takim tempem, ani kilometra.
Lena jest na tym odcinku nudna i
monotonna. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.
Płynęliśmy ok. 9 godz. |
| |
| |
| 1 VII 2003 r.
(60°41’39N, 115°48’03E, 147 npm) |
| |
Rano powitał nas pochmurny dzień. Było bardzo
zimno. Wiał silny północno-wschodni wiatr.
Zauważyłem, że jak do tej pory najczęściej z
tamtego kierunku wieją wiatry. Nie są one
przyjemne do płynięcia w kajakach, gdyż wieją w
twarz. Wiatry z południa są rzadkością.
W związku z tym silnym i chłodnym
wiatrem z Arktyki trzeba się było ubrać w jakieś
cieplejsze ciuchy. W trakcie rannego wiosłowania
dłonie rąk drętwiały mi bez czucia od zimna. Kiedy
pojawiały się porywy szkwału ciężko mi było
nadążyć za kajakiem Tomka i Piotrka. Zostawałem
więc w tyle. Chłopcy nie muszą wkładać w
wiosłowanie w takich warunkach ,tylu sił co ja.
Wypruwam wszystkie żyły i prawie stoję w miejscu.
Przeklinam mój „ponton” i „łopatę”, sadząc że to
doda mi jeszcze więcej sił. Pocieszam się myślą,
że ani Tomek ani Piotrek nie dali by rady w takich
warunkach i na takim sprzęcie poruszać się do
przodu.
Po ok. dwóch godzinach walki z
wiatrem wpłynęliśmy do Leńska. Tutaj zrobiliśmy
zakupy. Potem przed wyruszeniem dalej
porozmawialiśmy chwilkę przy kajakach z jakimś
miejscowym człowiekiem. Pokazał nam dokąd sięgała
woda w tym mieście podczas powodzi dwa lata temu.
Była to wysokość ok. 20 m wyżej od normalnej
powierzchni wody. Wtedy to prawie całe miasto było
zalane wodą
Po południu pogoda się polepszyła. Przestał
wreszcie wiać ten paskudny północno-wschodni
wiatr. Lena za Leńskiem ma już od jednego do dwóch
kilometrów szerokości. Nie jest zbyt kręta,
posiada w swoim biegu dość długie odcinki proste.
Płynęło mi się bez wiatru w twarz wyśmienicie.
Wieczorem tak przewiosłowałem, że odstawiłem nawet
chłopaków o 45 minut. Musiałem im pokazać, kto tu
jest mistrzem wiosłowania! Ważny jest przecież
autorytet na wyprawie, a że warunki były dobre, to
trzeba było go potwierdzić.
Płynęliśmy ok. 8,5 godz. |
| |
| |
|
- strona 2 - |
| |
|
strona:
|
| |
|
|
 |
| |
| |
|
|
| |
| |
|
|
|
| |
|
|
|
|