| |
| |
| Lena
2003 - relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko |
| |
| |
|
strona:
| |
| |
|
 |

pobierz pamiętnik |
LENA
(3.VI – 27. VIII. 2003 r.)
Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko |
|
| |
|
- strona 3 - |
| |
| |
| 2 VII 2003 r.
(60°18’59N, 116°59’24E, 144 npm) |
| |
W dniu dzisiejszym nic szczególnego się nie
wydarzyło. Pogoda była dobra. Wiał leciutki
wiaterek i świeciło słońce. Nie było żadnych
muszek ani też komarów. W związku z tym płynęło
się naprawdę fajnie, choć krajobraz był trochę
monotonny.
Lena w tych regionach jest
szeroką rzeką. Kiedy więc wieje wiatr powoli
tworzą się morskie fale. Doradziłem chłopakom, aby
lepiej upakowali bagaże w swym kajaku by
bezpiecznie mogli poruszać się na większych
falach.
Płynęliśmy ok. 9 godz. |
| |
| |
| 3 VII 2003 r.
(59°45’51N, 118°00’25E, 140 npm) |
| |
Dzisiaj od rana do południa padał deszcz. Piotrek
z Tomkiem zamienili się miejscami w kajaku.
Piotrek przeszedł do przodu, a Tomek zajął miejsce
z tyłu.
Lena od rzeki Vitim nabrała
prędkości. Sprawnie więc pokonywaliśmy kilometry.
Po południu pogoda się polepszyła.
Zaczął wiać południowo-zachodni wiatr. Bardzo nam
to odpowiadało bowiem wiał prawie w plecy. Płynęło
się bardzo fajnie, tym bardziej, że zjedliśmy a
raczej pożarliśmy porządny posiłek – garnek
makaronów, z cebulką przysmażoną z salami. Kiedy
więc żołądek pełny, to i świat robi się
piękniejszy. Na wyprawie wszystko jest takie
proste. Czasami do szczęścia potrzeba tak mało.
Makarony przyprawione w niedomytym i brudnym od
sadzy i poprzedniego gotowania garnku, z cebulką i
salami przypieczonymi na pokrywce od menażki
spożyte w niedomytej menażce smakujące, jak
najlepszy przysmak na świecie. A potem płynąc w
kajaku, kiedy słońce świeci nad głową i wiatr
wieje w plecy, a dookoła piękne krajobrazy -
naprawdę nic więcej już do szczęścia nie potrzeba.
Dziwny jest ten świat.
Płynęliśmy ok. 9,5 godz. Namiot
rozbiliśmy o 1.00 w nocy. |
| |
| |
| 4 VII 2003 r.
(60°07’34N, 119°14’55E, 126 npm) |
| |
Dzień podobny do każdego innego. W jakiejś wiosce
kupiliśmy chleb. Cena chleba wynosiła aż 17 rubli
(60 centów USA) za bochenek. Była więc to
najwyższa cena jaką zapłaciliśmy do tej pory za
chleb. W Ust-Kucie jeden bochenek chleba kosztował
6 rubli. Zauważyliśmy, że im dalej na północ, to
ceny prawie wszystkich artykułów idą w górę.
W czasie popołudniowego postoju
podjechał do nas pewien chłopak na koniu. Do jego
konia był przywiązany drugi koń. Porozmawialiśmy
chwilkę. Mówił , że jedzie na polowanie do tajgi.
Jego koledzy czekają na niego gdzieś w lesie.
Chwalił się przed nami swoim nożem, który
podarował mu jego dziadek. Zauważyłem, że tutaj na
Syberii, to prawie każdy chłopak, czy też
mężczyzna nosi przypięty do pasa nóż. Większość
też ludzi żyje z polowań i rybołówstwa. Nikt tu
nie poluje, czy też łapie ryby dla przyjemności.
Skończyliśmy wiosłowanie o 1.30 w
nocy bo trudno nam było znaleźć jakieś dobre
miejsce na biwakowanie.
Płynęliśmy ok. 11 godz. |
| |
| |
| 5 VII 2003 r.
(60°15’46N, 119°59’49E, 126 npm) |
| |
Rano spaliśmy prawie do 11 godziny dlatego też
dość późno wypłynęliśmy.
Płynęło się trochę monotonnie. Wiatr
w twarz i krajobraz nie szczególny. Jednym słowem
monotonne robienie kilometrów.
Lena jest na tym odcinku niezbyt
ciekawa, im bliżej Olëkmionska płynie coraz
wolniej. Prąd rzeki jest bardzo powolny, a czasami
w ogóle go nie ma. Krajobraz robi się płaski,
łąkowaty.
Spotkani przypadkowo po drodze ludzie
wspominają nam już od paru dniu o jakimś
francuskim podróżniku, który idzie piechotą wzdłuż
brzegów Leny. Wyruszył on z miasta Jakuck i chce
dojść aż do granic Mongolii. Mówią też o jakiejś
innej wyprawie francuskiej, która była siedem lat
temu w czasie zimy. Wyprawie tej ukradziono w
jednej z tutejszych wiosek sprzęt video.
Wspominają też o jakimś Japończyku, który był tu
zimą parę lat temu.
Dziwi nas fakt, że nikt nie pamięta
wyprawy na pontonie Romana Koperskiego z 1998 r.
Prawie przy każdym spotkaniu z ludźmi, od początku
wyprawy pytamy ich o wcześniejsze wyprawy na
Lenie. Nikt nie widział, ani słyszał nic odnośnie
wyprawy Romana Koperskiego. Jak do tej pory
spotkaliśmy tylko jednego dziadka, który wspominał
nam coś o wyprawie Romana Koperskiego. Było to
jednak jeszcze przed Ust-Kutem. Potem wielka
cisza. Nikt z ludzi przez nas spotkanych nie
widział go, czy też słyszał coś o jego wyprawie?!
Namiot rozbiliśmy ok. 25 km przed
miejscowością Olëkmionsk. Widzę, że Tomek i
Piotrek są już zmęczeni zarówno fizycznie jak i
psychicznie wyprawą. Od wielu dni wspominają mi o
ewentualnym wycofaniu się z wyprawy w Jakucku.
Wiem jednak, że są od siebie zależni. Piotrek nie
wycofa się bez Tomka, ani Tomek bez Piotrka. Dalej
ani Piotrek sam nie da rady wiosłować bez Tomka,
ani też Tomek bez Piotrka. Mam nadzieję, że
wszystko będzie OK.
Płynęliśmy dziś ok. 7 godz. |
| |
| |
| 6 VII 2003 r.
(60°37’52N, 121°16’09E, 121 npm) |
| |
Ranek płynęło się nam tragicznie. Lena przed
Olëkmionskiem stała się szeroką rzeką i nie miała
żadnego nurtu.
Do Olëkmionska płynęliśmy ok. 3,5
godz. W mieście tym zrobiliśmy zakupy na dalszą
drogę. Ceny artykułów spożywczych były nieznacznie
tańsze niż w Leńsku. Na brzegu, gdzie stały nasze
kajaki pojawiło się dwóch mężczyzn. Jeden z nich
przyniósł nam ze swojego domu , który znajdował
się niedaleko rzeki, „czaj”. Drugi z nich dziadek
opowiadał nam o życiu na Syberii. Wspominał też o
wyprawie Francuzów, która była siedem lat temu.
Udzielił nam wskazówek, w jakich pobliskich
miejscach na Lenie można złapać dużo i szybko
rybę.
Kiedy wypływaliśmy z tej miejscowości
przypłynęła do nas motorówka. Prowadził ją trochę
już podpity gość. Na imię miał Igor. Mówił, że
jest inżynierem i pracuje w jakiejś firmie
elektronicznej. Igor zapraszał nas do siebie do
domu w gościnę. Odmówiliśmy mu tłumacząc, że „niet
wriemi”- nie mamy czasu. Dał nam na dalszą drogę
trochę produktów spożywczych. Niesamowici są
ludzie na Syberii.
Za miastem Olëkmionsk wpada do Leny
rzeka Olëkma. Rzeka ta zasila dość znacznie w wodę
Lenę. W związku z tym Lena staje się trochę
szersza. Nurt Leny po wpadnięciu Olëkmy wynosi ok.
5 km/h. Pewnie długo się ta prędkość nie utrzyma?
Z dotychczasowych naszych obserwacji
wynika, że Lena nie ma wcale szybkiego ogólnie
nurtu, jak do tego momentu naszej wyprawy. Na
niektórych swoich maleńkich odcinkach przyśpiesza,
a na niektórych prawie zanika. W sumie średni nurt
rzeki wynosi ok. 3 km/h.
Płynęliśmy ok. 10 godz. |
| |
| |
| 7 VII 2003 r.
(60°32’55N, 122°40’31E, 116 npm) |
| |
Przez pierwsze trzy godziny płynęło się nam
świetnie, bowiem nie było żadnego wiatru w twarz.
Potem przyszedł północno-wschodni wiatr i zaczęła
się mordęga. Zauważyłem, że jak do tej pory, to
najczęściej wieją nam wiatry z tamtego kierunku.
Wiatr ten jest na tyle silny, że często zmienia
całkowicie nurt rzeki. Chcąc poruszać się do
przodu trzeba się nieźle namęczyć. Tempo wyprawy
jak na razie dobre. Nieustanne płynięcie machając
wiosłami, jedzenie i spanie- to codzienne realia
wyprawy, dzięki którym przybywa nam kilometrów .
Najczęściej płyniemy rano nieustannie 4 godziny
albo więcej, potem robimy przerwę na posiłek i
znowu płyniemy cztery lub więcej godzin. Czasami
robimy jeszcze wieczorną przerwę w celu pokonania
jeszcze większej ilości kilometrów. Potem spanie.
Z obserwacji warunków atmosferycznych
i hydrograficznych rzeki dochodzę do wniosku, że
tylko kajakami można poruszać się po rzece w takim
tempie jak my. Inne łodzie wiosłowe: ponton, czy
też zwykła łódka, to co najmniej dwukrotnie, albo
trzykrotnie wolniejsze tempo i większy wysiłek.
Płynęliśmy dziś ok. 9 godz. |
| |
| |
| 8 VII 2003 r.
(60°40’08N, 124°23’22E, 115 npm) |
| |
Od samego poranka niebo było pochmurne i padał
deszcz. Właściwie to deszcz padał prawie
nieustannie aż do godz. 18.00. Mimo to twardo
płynęliśmy do przodu. Wieczorem trochę się
wypogodziło, ale chmury nadal zasnuwały niebo.
Szczerze mówiąc wyglądy bardzo misternie na tle
wzgórz i wód Leny.
Piotrka i Tomka nadal kusi rezygnacja
z wyprawy i powrót do domu, tym bardziej, że
niedaleko już do Jakucka. Świadomie, czy też nie
szukają i próbują wmówić sobie i mi argumenty,
które by usprawiedliwiały tę decyzję. Ja jednak
twardo i konkretnie wyraziłem im swoją opinię na
ten temat. Dla mnie jest to ucieczka i poddanie
się.
Płynęliśmy ok. 10 godz.
Chłopcy stwierdzili zgodnie, że
płynięcie pontonem po Lenie jest raczej niemożliwe
przy takim nurcie rzeki. |
| |
| |
| 9 VII 2003 r.
(60°55’30N, 125°52’37E, 109 npm) |
| |
Rano było pochmurnie. Śniadania nie zjedliśmy w
miejscu biwakowania, bowiem było zbyt dużo
komarów, które usiłowały posilić się naszą krwią
na śniadanko. Zjedliśmy je później w miejscu
trochę wolniejszym od ich obecności. Komary,
muszki, gzy to najbardziej liczni i namolni
mieszkańcy tajgi w okresie syberyjskiego lata. Na
tych terenach są one wrogami numer jeden dla
człowieka .
Po południu pogoda się rozpogodziła.
Można było więc posuszyć trochę mokre ciuchy.
Krajobraz na Lenie powoli zaczął się zmieniać.
Skaliste pocięte klify ciągnące się wzdłuż brzegów
rzeki kształtują obraz tutejszej Leny. Rzeka
również bardziej staje się szeroka. W niektórych
miejscach dochodzi nawet do ok. 8 km. Nurt Leny
nie zmienił się. W miejscach, gdzie rzeka się
zwęża, lub pośrodku niej jest jakaś wyspa, prąd
rzeki przyśpiesza. Natomiast w innych miejscach
nurt rzeki jest wolny, a nawet czasami nie ma go w
ogóle. W sumie nic się w naszym kajakowaniu nie
zmieniło. Nadal ostro wiosłujemy.
Piotrek i Tomek złapali już dawno
rytm wyprawy i płyną świetnie. Nie muszę im za
dużo mówić , co mają robić. Zazwyczaj sami już
wyczuwają co należy w danym momencie zrobić.
Pomysł dyżurów kuchennych odrzuciłem. Wszystko
trwało za długo. Ponieważ spełniam rolę budzika
wyprawowego i pierwszy zawsze jestem na nogach
dlatego to ja rozpalam ognisko i przygotowuję
posiłek z rana. Chłopcy zazwyczaj pakują w tym
czasie swoje ciuchy i składają namiot. W czasie
przerwy popołudniowej, bywa różnie. Najczęściej
jednak wspólnie przygotowujemy posiłek. Wieczorem
też wspólnie rozbijamy namiot. Bardzo rzadko już
udzielam chłopakom jakiekolwiek uwagi. Nie chcę
się bawić w pedagoga, nie o to chodzi, tylko o
tempo wyprawy, by osiągnąć zamierzony cel.
Płynęliśmy dziś ok. 9 godz. |
| |
| |
| 10 VII 2003 r.
(61°06’54N, 127°15’01E, 109 npm) |
| |
Dzień jak każdy inny. Rano przez ok. dwie godziny
płynęło się dobrze. Potem przyszedł wiatr w twarz,
który przyniósł chmury i przelotny deszcz.
Powoli zaczyna już męczyć monotonia. Każdy dzień
robi się podobny do siebie. Krajobraz Leny niczym
szczególnym, jak na razie nie szokuje.
Podwieczór dopłynęliśmy wreszcie do
przepięknych Leńskich Stołbów. Są to postrzępione
skalne klify, które ciągną się wzdłuż Leny. Są one
efektem działania przez tysiące, a może i miliony
lat wody i wiatrów. Ci naturalni rzeźbiarze w
sposób niewiarygodny wyrzeźbili w przeróżne
kształty pionowe klify, które pionowo spadają do
wody. Podziwialiśmy w zachwycie te cuda natury.
Naszą uwagę zwróciły efekty akustyczne, które
można podziwiać po puszczeniu echa. Fala dźwiękowa
jest wielokrotnie odbijana o różne skały i ulega
przeróżnym załamaniom. Powoduje to niesamowite
efekty akustyczne. Bawiliśmy się wypuszczając
różne dźwięki i słuchając jego interesującego
wielokrotnego echa.
Prąd rzeki nie szczególny na tym
odcinku. Nic się nie zmieniło.
Płynęliśmy ok. 9 godz. |
| |
| |
| 11 VII 2003 r.
(61°15’29N, 128°07’43E, 100 npm) |
| |
Rano wyruszyliśmy trochę późno. Nazbierało mi się
bowiem parę rzeczy do pilnego pozszywania. Moje
spodnie były dość mocno podziurawione od częstego
przebywania koło ognisk w każdej chwili groziły
całkowitemu rozleceniu się. Podobnie było też z
jednym z moich butów, któremu odpadała już prawie
całkowicie podeszwa. Ze spodniami poszło mi gładko
gorzej było z butem. W trakcie jego zszywania
połamałem aż trzy igły. Na szczęście podeszwę
przymocowałem.
Kiedy wypłynęliśmy wiał bardzo silny
wiatr. Oczywiście z kierunku z którego najczęściej
tu wieją wiatry , czyli z NE. Wiał prosto w twarz.
Bardzo mocno trzeba było wiosłować, by poruszać
się do przodu. Nurt rzeki był silny, ale niestety
w odwrotnym do normalnego nurtu rzeki i celu
naszej wędrówki.
W wiosce Tumul zatrzymaliśmy się, aby
kupić parę bochenków chleba. Przy naszych
kajakach, jak zwykle to bywa, zgromadziło się
trochę ludzi. Byli mieszkańcami tej jakuckiej
wioski. W trakcie rozmów porozumiewali się ze sobą
w języku jakuckim. Powiedzieli nam, że język
jakucki jest bardzo podobny do języka kirgiskiego.
Jeden z Jakutów bardzo chciał sprzedać nam za 50$
swój jakucki nóż. Odpowiedziałem, że nie bo mamy
noże. Pokazałem mu nóż, który dostałem w prezencie
od dobrego człowieka w czasie trwania tej wyprawy.
Jakut jednak chciał udowodnić wartość swego noża.
Wziął mój nóż w jedną rękę drugi w drugą i uderzył
ostrzami obu noży o siebie. Niestety stal mojego
noża była tak twarda, że nie pojawiła się żadna
rysa. Natomiast na ostrzu noża Jakuta pojawiła się
głęboka rysa. Inni Jakuci śmieli się z całego
zdarzenia. Biedny Jakut nie spodziewał się, że
może być nóż zrobiony z twardszej stali niż jego.
Po południu w trakcie płynięcia
zmoczył nas bardzo silny deszcz.
Wieczorem podpłynęła do naszych
kajaków na wodzie jakaś motorówka. Znajdowało się
w niej dużo dzieciaków i paru nauczycieli. Jechali
na jednodniowy biwak koło Leńskich Stołbów. Jeden
z nauczycieli- historyk, powiedział nam o starych
rysunkach skalnych, które są namalowane na
ścianach skalnych „stołbów”. Wspomniał też o
jaskiniach pierwotnych ludzi, które znajdują się
też w „stołbach”. Nauczyciel poinformował nas o
grupie archeologów, która prowadzi jakieś prace
badawcze niedaleko stąd. Wśród tej grupy jest
ponoć jakiś najlepszy archeolog w Jakucji, który
nazywa się Kaczmar i jest specjalistą w
odczytywaniu tych skalnych rysunków. Nauczyciel
mówił też o niektórych Polakach, którzy wnieśli
swój wkład w kulturę Jakucji. Odnośnie wypraw, to
wspomniał o zimowej ekspedycji Jacka Pałkiewicza
do bieguna zimna – Wierchojońska.
Rzeczą szczególną, która nas uderza
jest to, że nikt ze spotykanych przez nas po
drodze ludzi nie pamięta wyprawy na pontonie
Romana Koperskiego z 1998 r. Jest to bardzo dziwna
rzecz, bowiem podróżnik ten podczas wyprawy, jak
napisał w swojej książce, korzystał cały czas z
pomocy ludzi, gdyż był bez pieniędzy i poruszał
się pontonem oblepionym porządnie naklejkami jego
sponsorów? Co więcej, jest to tym bardziej dziwne,
że przy takim nurcie rzeki i takich wiatrach jakie
tu mieliśmy nie wydaje się nam osobiście realne
płynięcie pontonem?
Płynęliśmy ok. 8 godz. Jutro
zamierzamy się spotkać z grupą archeologów. |
| |
| |
| 12 VII 2003 r. |
| |
Od samego rana wiał dość silny wiatr z
północnego-wschodu. Rozpaliłem ognisko i
postawiłem garnek, aby ugotować wodę na herbatę.
Naglę widzę, że zbliża się w moim kierunku, jakaś
motorówka z dwojgiem ludzi. Kiedy już przybili do
brzegu zapytali mnie, czy nie potrzebujemy jakiejś
pomocy. Byliśmy bowiem rozbici na jakiejś wyspie i
rzeczywiście, ktoś patrząc na nas z daleka mógłby
pomyśleć, że coś się stało. Odpowiedziałem, że „Niet”.
Pomogłem im wypchnąć motorówką na brzeg. Dwaj
nieznajomi przybysze przedstawili się: Aleksander
i Aliosza. Aleksander był trochę pijany, ale z
jego twarzy promieniował serdeczny, gościnny
uśmiech. Porozmawialiśmy trochę na brzegu, poczym
Aleksander zaproponował nam przejażdżkę na
motorówce w celu pokazania nam pieczar skalnych, w
których prawdopodobnie żyli pierwotni ludzie. Ja i
Piotrek wsiedliśmy na pokład motorówki, Tomek zaś
został na wyspie, aby pilnować kajaków. Pogoda nie
była najlepsza do takich przejażdżek, bowiem wiał
dość silny wiatr i były fale. Aleksander zaś jak
wariat prowadził nonszalancko jedną ręką
motorówkę. Powiedział, że w taką pogodę tylko
rybacy są na tyle odważni, aby pływać. On zaś jest
dobrym rybakiem. Skakaliśmy z fali na falę. Trzeba
się było mocno trzymać, aby nie wylecieć za burtę.
Aleksander pokazał nam na lewym brzegu rzeki
przepiękne pieczary, w których mówił, że żyli
pierwotni ludzie, oraz cudowne „stołby”, o
przeróżnych kształtach. Piotrek robił co chwila
zdjęcia, ja utrwalałem na video te piękne miejsca.
Przejażdżka trwała ok. 1,5 godz. Po powrocie na
wyspę, gdzie stały nasze kajaki wymieniliśmy się
adresami. Aleksander robił to z takim przejęciem,
jakby był ministrem i zawierał jakąś umowę
międzynarodową. Podziękowaliśmy bardzo śmiesznemu
Aleksandrowi i jego bratu Alioszy za ich
gościnność.
Wypłynęliśmy ok. 11.00 godz. Wiał
coraz silniejszy wiatr w twarz i zaczęły się
pojawiać duże fale. Bardzo ciężko płynęło się do
przodu. Rzeka od tego silnego wiatru zmieniła
całkowicie swój nurt. Uciekliśmy prawie do samego
brzegu i tak płynęliśmy do przodu. Po ok. czterech
godzinach płynięcia dostrzegliśmy obóz badawczy
archeologów. Bazowali oni nad małą rzeczką, która
wpada do Leny i nazywa się prawdopodobnie Czarnoje.
W obozie znajdowało się ok. 20 studentów i kadra
wychowawcza. Przyjęli nas bardzo gościnie. Na
początku poczęstowali posiłkiem, a potem poszliśmy
oglądać „pisanice”- rysunki skalne. Archeolodzy
mówili , że niektóre z „pisanic” liczą nawet ok.
10 tysięcy lat. Znajdują się nie tylko w tym
regionie Leny, ale można je spotkać również w
innych częściach rzeki, jak i również na innych
syberyjskich rzekach. Najbardziej znaną jest w tym
regionie „pisanica” przedstawiająca łosicę i łosia
oraz umierającego ich małego łosiątka. Obraz ten
namalowany jest na krawędzi skalnego klifu. Ludzie
miejscowi od wieków przychodzą, aby go oglądać i
zawsze zostawiają przy nim coś na „pamiątkę”.
Andriej, który napisał pracę naukową na temat „pisanic”
mówił, że prawdopodobnie kiedyś bardzo dawno temu
ludzie, zamieszkujący te tereny wierzyli, że w
górze tej, na której jest namalowana ta „pisanica”
z umierającym łosiątkiem mieszka duch i
przychodzili tu, aby się modlić. Zwyczaj
przychodzenia na to miejsce i zostawiania czegoś
na „pamiątkę” przetrwał aż do czasów dzisiejszych.
Andriej z kadrą archeologów oprowadzali nas po
krawędziach tej góry i pokazywali nam różne „pisanice”.
Objaśniali ich tajemnice. „Pisanic” jest w tym
regionie ok. 300. Pochodzą z różnych epok i
przedstawiają różne motywy. Są np. rysunki
przedstawiające szamana, łódkę, zwierzęta itp.
Znajdują się również rysunki, które są jakimiś
znakami - kalendarzem czy też pismem pierwotnym?
Większość z nich czeka jeszcze na rozszyfrowanie
ich znaczenia. Chodziliśmy z Andriejem nawet w
tajgę, aby obejrzeć niektóre z „pisanic”. Andriej
szedł tylko w klapkach, a poruszał się tak
zwinnie, że ciężko mu było dotrzymać kroku.
Powiedział, że już wiele lat spędził wędrując
przez gęstwiny tajgi, w celu odkrywania coraz
nowszych „pisanic”. Widać było w nim pasję
odkrywczą naukowca. Pokazał nam nawet jedną z „pisanic”,
którą odkrył wczoraj. Był to jakiś znak w
kształcie litery T. Andriej był ciekawym
człowiekiem. Był wielokrotnym laueratem różnych
olimpiad naukowych w Jakucji. Dzięki temu
studiował rok na uniwersytecie oxfordskim w
Anglii. Dowiedzieliśmy się od niego i innych
młodych naukowców, że na drugim brzegu Leny
naprzeciwko miejsca biwakowania archeologów
odkryto ślady bytności pierwotnego człowieka.
Naukowcy datują je różnie, począwszy od okresu 3
milionów aż do 1,5 miliona. Fakt ten robi
łamigłówkę dla paleontologów, którzy byli
zwolennikami teorii afrykańskiego pochodzenia
człowieka.
Wieczorem, kiedy zamierzaliśmy już
wypływać do obozu przyjechał prof. Kaczmar.
Człowiek ten jest uważany za najlepszego
archeologa w Jakucji. Jest specjalistą od „pisanic”,
które odkrywa i bada już od 25 lat. Wygląd jego
był bardzo oryginalny. Wzrostu ok. 1,90 cm, dobrze
zbudowany. Miał dość długie siwe włosy i długą
brodę. Ubrany był w kurtkę brezentową, z boku miał
torebkę, w której nosił mapę, kompas i wiele
swoich notatek. Jednym słowem naukowiec z krwi i
kości. Do tego z niesamowitym temperamentem i
charyzmą. Po przywitaniu się z nami nie chciał nas
puścić, tak szybko ze swojego obozu. Zresztą i my
byliśmy ciekawi poznania jego osoby. Zaprosił nas
i całą kadrę naukową na kolację. Kolacja była pod
gołym niebem. Profesor wyjął na stół flaszkę wódki
i inne produkty, które kupił w Jakucku. Biło od
niego „wielkie serce” i temperament. Miał też przy
sobie pistolet- rakietnicę, która głośno
strzelała. Po toaście wódki „za polskich druzji”-
polskich przyjaciół, wystrzelił parę razy na naszą
cześć ze swojego pistoletu. Niesamowity człowiek i
naukowiec. Potem wdałem się z profesorem w długą
dyskusję naukową. Wszyscy zgromadzeni przy stole
poszli do ogniska, gdzie komary mniej gryzły, a ja
z profesorem prowadziliśmy dialog. Tematem
przewodnim był problem antropogenezy, genezy
religii i metod datowania odkryć w archeologii.
Bardzo dużo wyniosłem z tej rozmowy. W wielu
punktach wnioski profesora były odzwierciedleniem
moich przemyśleń na te tematy.
Namiot rozbiliśmy koło obozu
archeologów. Położyliśmy się spać ok. 2.00 w nocy.
Wiosłowaliśmy dziś tylko 4 godz.
Warto jednak było zatrzymać się w takim miejscu i
mieć możliwość poznania tylu ciekawych odkryć
archeologicznych i niesamowitych naukowców, a
zwłaszcza profesora Kaczmara. |
| |
| |
| 13 VII 2003 r.
(61°42’55N, 129°32’00E, 91 npm) |
| |
Rano zjedliśmy śniadanie z grupą archeologów i
przewodniczącym im profesorem Kaczmarem. Profesor
po raz kolejny urzekł mnie swoją osobowością:
gościnnością i otwartością na drugiego człowieka.
Opowiadał nam o historii Jakucji. Dawał nam porady
na dalszą drogę. Mówił też, po obejrzeniu naszej
mapy i naszego sprzętu na wyprawę, że przypominamy
mu pierwszych pionierów odkrywców, którzy szli w
nieznane. Radził nam, abyśmy w Jakucku zaopatrzyli
się w jakieś dokładniejsze mapy. Profesor
nadmienił również, że kiedyś, jak był młody, to
też z kolegami pływał kajakiem po wielu rosyjskich
rzekach. Urodził się na Ukrainie, ale losy
zaniosły go na daleką Syberię. Pracował na
uniwersytecie w Moskwie, ale nie odpowiadał mu
klimat stolicy. Przeniósł się więc do Jakucji.
Lubi on bowiem dziką i piękną przyrodę. Teren
Jakucji jest co najmniej pięć razy większy niż
powierzchnia Francji. Żyje na nim tylko ok.
miliona ludzi. Te warunki są między innymi jednym
z główniejszych powodów dlaczego ludzie na Syberii
są bardzo gościnni i otwarci na drugiego
człowieka. Człowiek jak spotyka drugiego człowieka
w tajdze to się raduje i cieszy. Człowiek cieszy
się z możliwości zobaczenia drugiego człowieka i
porozmawiania z nim. Profesor mówił, że na Syberii
mieszkają w większości bardzo dobrzy ludzie.
Przestrzegał jednak nas, abyśmy pamiętali także,
że Syberia, to „tjurma” – więzienie wielu narodów.
Na pożegnanie profesor polecił nam zwiedzić muzeum
etnografii przy Uniwersytecie Jakuckim. Uściskał
nas po ojcowsku po czym kiedy wypływaliśmy
wystrzelił na pomyślność naszej ekspedycji z
rakietnicy. My odwzajemniliśmy się wystrzałem
maleńkiej rakiety z naszego pistoletu straszaka.
Tak niesamowitego i oryginalnego naukowca z tak
wielkim sercem i temperamentem, to ja jeszcze w
swoim życiu nie wiedziałem. Człowiek ten wniósł w
naszą wyprawę nowego ducha.
Płynęliśmy tego dnia ok. 10 godz. Do
Jakucka zostało nam ok. 50 km. |
| |
| |
| 14 VII 2003r
(62°05’26N, 129°50’19E, 86 npm) |
| |
Spaliśmy krótko, bo ok. 5 godz. Obudziłem wcześnie
rano chłopaków i wypłynęliśmy. Jakuck jest
położony na lewym brzegu Leny, ale trochę na jej
poboczu od głównego nurtu. Lena jest w tych
miejscach dość szeroką rzeką i wewnątrz niej
znajduje się bardzo dużo wysp. Przebijaliśmy się
więc między wyspami, aby na czas zapłynąć do
Jakucka. Chcieliśmy bowiem zwiedzić muzeum
etnografii w Jakucku i zrobić porządne zakupy na
dalszą drogę. Postanowiliśmy, że wpłyniemy do
Jakucka trzymając się cały czas lewego brzegu
Leny. Profesor Kaczmar powiedział nam wcześniej o
takiej możliwości. Nie chcieliśmy obierać szlaku
głównego do Jakucka, którym wpływają statki. Jest
on o wiele dłuższy. W pewnym momencie bowiem
trzeba się cofać, aby płynąc pod prąd trafić do
jakuckiego portu. W wypadku kajaków byłoby to
niepotrzebne robienie zbędnych kilometrów.
Do Jakucka płynęliśmy ok. 6 godz.
Byliśmy mocno zmęczeni, gdyż płynęliśmy bez
śniadania i po krótkim śnie. Jakuck zaskoczył nas
swoim nowoczesnym budownictwem. Mieszka w nim ok.
300 tys. ludzi. Miasto jest dość schludne i ładne.
Kupiłem w nim mapę na dalszą drogę i zwiedziłem
wraz z Piotrkiem muzeum etnografii przy
Uniwersytecie Jakuckim. Mapa, co prawda nie miała
dokładnej podziałki, ale miała zaznaczone
równoleżniki i południki. W Uniwersytecie kupiłem
trochę książek naukowych i poznałem naukowca
paleontologa, który zajmuje się mamutami. Na imię
miał Boeskorov Gennady. Dość dużo dowiedziałem się
od niego o mamutach. Zauważyłem, że w Jakucku
spotkać można na drogach bardzo dużo samochodów
japońskich. Dowiedziałem się, że mieszkańcy
Jakucji jeżdżą aż do Włądywostoku po zakup tych
samochodów. Kupują je tam za bardzo tanią cenę. Po
czym wracają nim do Jakucji. Wcześniej niektórzy
mieszkańcy jeździli aż do Europy, głównie do
Niemiec po zakup samochodu. Aktualnie o wiele
bardziej się opłaca ściągnięcie samochodu z
Władywostoku.
Kajaki nasze musieliśmy przenosić
przez drogę do zalewu, gdzie był port, bowiem nie
było żadnego wodnego połączenia. Na szczęście
odległość ta wynosiła tylko ok. 50 m.
Wypłynęliśmy wieczorem z portu w
Jakucku. Kiedy już byliśmy na wodzie przypomniałem
sobie, że nie mamy żadnej wody do picia. Ludzie
radzili nam, żeby od Jakucka nie brać żadnej wody
do picia z rzeki. Jest ona bowiem brudna.
Podpłynęliśmy więc do jakiegoś statku, który stał
w porcie i poprosiliśmy o wodę. Jednak zastępca
kapitana, który miał na imię Igor zaprosił nas na
pokład statku na kolację. Przekazał nam dużo
informacji na temat dalszej części Leny. Bosman
zaś, stary wilk morski, opowiadał nam o swoich
morskich przygodach. Na dalszą drogę dali nam dużo
herbaty i mleka zagęszczanego w puszkach.
Proponowali nam, że mogą nas podrzucić aż do
Ałdanu. Odmówiliśmy im, bowiem pokonanie Leny w
statku, choćby nawet małego odcinka nie jest
naszym celem. Na pożegnanie przestrzegali nas,
abyśmy byli bardzo rozważni w kajakowaniu na
dalszej części Leny, bowiem na tym odcinku będzie
bardziej przypominała morze, niż rzekę. Wspomnieli
o sztormach, które sami tam widzieli. Statek ich,
który liczy ok. 50 m długości i 10 m wysokości
wiele razy stał zatrzymany przez te sztormy.
Mówili, że fale przelewały się przez pokład bardzo
obficie. Serdecznie się z wilkami morskimi
pożegnaliśmy. Niesamowici ludzie.
Płynęliśmy dziś w sumie ok. 7,5 godz.
Namiot rozbiliśmy na jakiejś wyspie za Jakuckiem. |
| |
| |
| 15 VII 2003r
(62°33’09N, 129°52’59E, 71 npm) |
| |
Pagoda była słoneczna. Wypłynęliśmy na dalszy etap
naszej podróży. Ruch statków na Lenie w tym
regionie był bardzo duży. Parę razy musieliśmy
uciekać bliżej brzegu, aby uniknąć kolizji, z
„rakietą”. „Rakiety”- są to statki pasażerskie,
napędzane silnikami o bardzo dużej mocy. Pływają
bardzo szybko i robią duże fale. Na Lenie pływają
one od miejscowości Ust-Kut.
Lena od Jakucka robi się coraz szerszą
rzeką. Rzeczą uderzającą w jej krajobrazie są
wyspy, których jest bardzo dużo.
Wieczorem gdy już słońce łagodnie
zachodziło, płynąc między wyspami słyszeliśmy
śpiew wielu gatunków ptaków. Przyroda tu jest
niesamowita. Człowiek uczy się podziwu i szacunku
dla Stwórcy tych cudów natury.
Płynęliśmy ok. 8 godz. |
| |
| |
| 16 VII 2003 r
(63°09’56N, 129°39’38E, 65 npm) |
| |
W dniu dzisiejszym pagoda była bardzo słoneczna.
Płynęliśmy między wyspami, rozkoszując się piękną
pogodą. Lena jest już bardzo szeroka. Nie widać
drugiego brzegu, bowiem zakrywają go dziesiątki
przeróżnych wysp.
Nurt rzeki na tym odcinku był różny.
W niektórych miejscach był bardzo szybki, tak, że
powodował odrywanie się dużych kawałków skarp od
wysp. W innych zaś nurtu nie było.
Ok. południa mieliśmy spotkanie na
wodzie z tutejszą policją. Było to na wysokości
wioski Namtsy. Podpłynęła do nas motorówka z
trójką ludzi. Jeden z nich przedstawił się i wyjął
legitymację, aby uwiarygodnić swój zawód. Zapytał
nas skąd i dokąd płyniemy. Skontrolował nasze
dokumenty. Następnie zapytał, czy mamy wizy.
Odpowiedziałem, że tak, chociaż mieliśmy tylko
wizy AB. Według rosyjskiego prawa „innostrancy”-
osoby z zagranicy powinny zameldować się i
zarejestrować w odpowiednim miejscu w przeciągu
trzech dni od wjazdu do Rosji. Na szczęście
policjant ten nie był zbyt dociekliwy. Turyści
należą w tych regionach do bardzo wielkich
rzadkości. Na pożegnanie podał mi rękę i życzył „sczastliwego”
na dalszą podróż. Jestem pewny, że inaczej to
spotkanie wyglądałoby z policją w Moskwie. Tamci
policjanci nauczyli się już żerować na turystach i
bez łapówki nie dogadałoby się z nimi.
Płynęliśmy dziś ok. 10 godz. Jutro,
albo w Sangarze trzeba zrobić będzie jakieś
większe zakupy, bowiem nie kupiliśmy dużo
produktów spożywczych w Jakucku. Potem jedna
wioska od drugiej są oddalone o 200, 300 km i do
tego trudno do nich trafić, bowiem są pochowane za
wyspami, albo leżą daleko od brzegu Leny. |
| |
| |
| 17 VII 2003 r.
(63°31’55N, 128°54’01E, 62 npm) |
| |
Rankiem bardzo fajnie się płynęło. Nie było
żadnego wiatru i bardzo mało gzów i komarów.
Jedynym mankamentem był duży upał. Słońce dość
mocno przypiekało.
Ok. południa zjedliśmy na jednej z
piaszczystych wysp obiad. Panorama nas otaczająca
bardziej przypominała wyspy Bahama niż Syberię.
Piaszczyste samotne wyspy, słońce na tle
błękitnego nieba i ciepła woda Leny.
Po południu ujrzeliśmy rzekę Ałdan,
która wpada do prawego ramienia rzeki Leny.
Krajobraz w tych miejscach bardziej przypominał
jakieś południowe morze niż rzekę. Lena była tak
szeroka, że nie widać było drugiego brzegu.
Pogoda po południu się zmieniła.
Zaczął wiać dość silny północny wiatr. Powodował
on fale, które zmieszane z prądem rzeki były
ciężkie do płynięcia.
Wieczorem wiatr trochę przycichł.
Płynąc w kajaku podziwiałem piękny otaczający mnie
świat. Przepiękny zachód słońca, szum wiatru i fal
i dziesiątki dzikich wysp. Świat codzienny szary
nie istniał. Człowiek czuł się w tym wszystkim,
jakby zanurzony w inną rzeczywistość, bliższą
nieba. Czy słowa to wyrażą?
Płynęliśmy ok. 10 godz. |
| |
| |
| 18 VII 2003 r.
(63°51’04N, 127°41’42E, 60 npm) |
| |
Dzień dzisiejszy był bardzo upalny. Temperatury
były tropikalne. Z całą pewnością dużo powyżej 30°
C. Gorąca powłoka unosiła się nad wodą
przesłaniając prawie cały horyzont. Teren stał się
bardziej dziki. W ciągu całego dnia widzieliśmy
tylko jedną motorówkę, żadnej wioski. Wyspy leżące
na tym odcinku Leny stały się większe. Wewnątrz
ich rosną modrzewiowe lasy. Trudno je rozróżnić od
brzegów Leny. Wcześniej wyspy mijane przez nas
były w większości krzewiaste. Łatwo więc można
było rozróżnić, czy się znajdujemy na wyspie czy
lądzie. Teraz nie wiemy czy widzimy brzeg Leny,
czy też wyspę. W trakcie płynięcia towarzyszyły
nam duże ilości atakujących nas gzów. Bawiliśmy
się więc od czasu do czasu zabijając spragnione
naszej krwi duże muchy. Ciekawe, że po uderzeniu
ręką wcale nie były one zabite. Trzeba było
zmiażdżyć muchę, aby być pewnym, że znowu nie
zaatakuje.
Pod wieczór naszym oczom wyłoniły się
Góry Wierchojońskie. Zaczął też wiać dość silny
wiatr z południowego-wschodu. Wykorzystaliśmy więc
sprzyjający dla nas wiatr wiosłując i będąc
popychani przez niego i fale. Fale były duże.
Przypominały bardziej morskie fale niż rzeczne.
Niestety po ok. dwóch godzinach wiatr się
skończył. O godz. 2.00 w nocy rozbiliśmy namiot na
jakiejś piaszczystej wyspie.
Płynęliśmy ok. 10 godz. Mamy już nie dużo
kilometrów do Sangaru. Musimy koniecznie w tym
mieście kupić dużo produktów do jedzenia, bowiem
do następnej „większej” miejscowości- Żigańska
mamy ok. 600 km. Po drodze zaś tylko dwie, albo
trzy wioski, które i tak ciężko będzie znaleźć, bo
albo są oddalone daleko od brzegów Leny, albo
schowane za wyspami. |
| |
| |
|
- strona 3 - |
| |
|
strona:
| |
| |
|
 |
| |
| |
|
|
| |
| |
|
|
|
| |
|
|
|
|