We are from Poland
 
anisko.net 
 
 
 Lena 2003 - strona główna
 
 
Kajakowa wyprawa przez syberyjską rzeke Lene.    
 
 
 
 
 
  Lena 2003 - relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko
 
 

strona:  1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 


pobierz pamiętnik

LENA
(3.VI – 27. VIII. 2003 r.)
Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko

 

- strona 3 -

 
 
2 VII 2003 r. (60°18’59N, 116°59’24E, 144 npm)
 
         W dniu dzisiejszym nic szczególnego się nie wydarzyło. Pogoda była dobra. Wiał leciutki wiaterek i świeciło słońce. Nie było żadnych muszek ani też komarów. W związku z tym płynęło się naprawdę fajnie, choć krajobraz był trochę monotonny.
         Lena w tych regionach jest szeroką rzeką. Kiedy więc wieje wiatr powoli tworzą się morskie fale. Doradziłem chłopakom, aby lepiej upakowali bagaże w swym kajaku by bezpiecznie mogli poruszać się na większych falach.
         Płynęliśmy ok. 9 godz.
 
 
3 VII 2003 r. (59°45’51N, 118°00’25E, 140 npm)
 
        Dzisiaj od rana do południa padał deszcz. Piotrek z Tomkiem zamienili się miejscami w kajaku. Piotrek przeszedł do przodu, a Tomek zajął miejsce z tyłu.
         Lena od rzeki Vitim nabrała prędkości. Sprawnie więc pokonywaliśmy kilometry.
        Po południu pogoda się polepszyła. Zaczął wiać południowo-zachodni wiatr. Bardzo nam to odpowiadało bowiem wiał prawie w plecy. Płynęło się bardzo fajnie, tym bardziej, że zjedliśmy a raczej pożarliśmy porządny posiłek – garnek makaronów, z cebulką przysmażoną z salami. Kiedy więc żołądek pełny, to i świat robi się piękniejszy. Na wyprawie wszystko jest takie proste. Czasami do szczęścia potrzeba tak mało. Makarony przyprawione w niedomytym i brudnym od sadzy i poprzedniego gotowania garnku, z cebulką i salami przypieczonymi na pokrywce od menażki spożyte w niedomytej menażce smakujące, jak najlepszy przysmak na świecie. A potem płynąc w kajaku, kiedy słońce świeci nad głową i wiatr wieje w plecy, a dookoła piękne krajobrazy - naprawdę nic więcej już do szczęścia nie potrzeba. Dziwny jest ten świat.
        Płynęliśmy ok. 9,5 godz. Namiot rozbiliśmy o 1.00 w nocy.
 
 
4 VII 2003 r. (60°07’34N, 119°14’55E, 126 npm)
 
        Dzień podobny do każdego innego. W jakiejś wiosce kupiliśmy chleb. Cena chleba wynosiła aż 17 rubli (60 centów USA) za bochenek. Była więc to najwyższa cena jaką zapłaciliśmy do tej pory za chleb. W Ust-Kucie jeden bochenek chleba kosztował 6 rubli. Zauważyliśmy, że im dalej na północ, to ceny prawie wszystkich artykułów idą w górę.
        W czasie popołudniowego postoju podjechał do nas pewien chłopak na koniu. Do jego konia był przywiązany drugi koń. Porozmawialiśmy chwilkę. Mówił , że jedzie na polowanie do tajgi. Jego koledzy czekają na niego gdzieś w lesie. Chwalił się przed nami swoim nożem, który podarował mu jego dziadek. Zauważyłem, że tutaj na Syberii, to prawie każdy chłopak, czy też mężczyzna nosi przypięty do pasa nóż. Większość też ludzi żyje z polowań i rybołówstwa. Nikt tu nie poluje, czy też łapie ryby dla przyjemności.
        Skończyliśmy wiosłowanie o 1.30 w nocy bo trudno nam było znaleźć jakieś dobre miejsce na biwakowanie.
        Płynęliśmy ok. 11 godz.
 
 
5 VII 2003 r. (60°15’46N, 119°59’49E, 126 npm)
 
        Rano spaliśmy prawie do 11 godziny dlatego też dość późno wypłynęliśmy.
        Płynęło się trochę monotonnie. Wiatr w twarz i krajobraz nie szczególny. Jednym słowem monotonne robienie kilometrów.
        Lena jest na tym odcinku niezbyt ciekawa, im bliżej Olëkmionska płynie coraz wolniej. Prąd rzeki jest bardzo powolny, a czasami w ogóle go nie ma. Krajobraz robi się płaski, łąkowaty.
        Spotkani przypadkowo po drodze ludzie wspominają nam już od paru dniu o jakimś francuskim podróżniku, który idzie piechotą wzdłuż brzegów Leny. Wyruszył on z miasta Jakuck i chce dojść aż do granic Mongolii. Mówią też o jakiejś innej wyprawie francuskiej, która była siedem lat temu w czasie zimy. Wyprawie tej ukradziono w jednej z tutejszych wiosek sprzęt video. Wspominają też o jakimś Japończyku, który był tu zimą parę lat temu.
        Dziwi nas fakt, że nikt nie pamięta wyprawy na pontonie Romana Koperskiego z 1998 r. Prawie przy każdym spotkaniu z ludźmi, od początku wyprawy pytamy ich o wcześniejsze wyprawy na Lenie. Nikt nie widział, ani słyszał nic odnośnie wyprawy Romana Koperskiego. Jak do tej pory spotkaliśmy tylko jednego dziadka, który wspominał nam coś o wyprawie Romana Koperskiego. Było to jednak jeszcze przed Ust-Kutem. Potem wielka cisza. Nikt z ludzi przez nas spotkanych nie widział go, czy też słyszał coś o jego wyprawie?!
        Namiot rozbiliśmy ok. 25 km przed miejscowością Olëkmionsk. Widzę, że Tomek i Piotrek są już zmęczeni zarówno fizycznie jak i psychicznie wyprawą. Od wielu dni wspominają mi o ewentualnym wycofaniu się z wyprawy w Jakucku. Wiem jednak, że są od siebie zależni. Piotrek nie wycofa się bez Tomka, ani Tomek bez Piotrka. Dalej ani Piotrek sam nie da rady wiosłować bez Tomka, ani też Tomek bez Piotrka. Mam nadzieję, że wszystko będzie OK.
        Płynęliśmy dziś ok. 7 godz.
 
 
6 VII 2003 r. (60°37’52N, 121°16’09E, 121 npm)
 
        Ranek płynęło się nam tragicznie. Lena przed Olëkmionskiem stała się szeroką rzeką i nie miała żadnego nurtu.
        Do Olëkmionska płynęliśmy ok. 3,5 godz. W mieście tym zrobiliśmy zakupy na dalszą drogę. Ceny artykułów spożywczych były nieznacznie tańsze niż w Leńsku. Na brzegu, gdzie stały nasze kajaki pojawiło się dwóch mężczyzn. Jeden z nich przyniósł nam ze swojego domu , który znajdował się niedaleko rzeki, „czaj”. Drugi z nich dziadek opowiadał nam o życiu na Syberii. Wspominał też o wyprawie Francuzów, która była siedem lat temu. Udzielił nam wskazówek, w jakich pobliskich miejscach na Lenie można złapać dużo i szybko rybę.
        Kiedy wypływaliśmy z tej miejscowości przypłynęła do nas motorówka. Prowadził ją trochę już podpity gość. Na imię miał Igor. Mówił, że jest inżynierem i pracuje w jakiejś firmie elektronicznej. Igor zapraszał nas do siebie do domu w gościnę. Odmówiliśmy mu tłumacząc, że „niet wriemi”- nie mamy czasu. Dał nam na dalszą drogę trochę produktów spożywczych. Niesamowici są ludzie na Syberii.
        Za miastem Olëkmionsk wpada do Leny rzeka Olëkma. Rzeka ta zasila dość znacznie w wodę Lenę. W związku z tym Lena staje się trochę szersza. Nurt Leny po wpadnięciu Olëkmy wynosi ok. 5 km/h. Pewnie długo się ta prędkość nie utrzyma?
        Z dotychczasowych naszych obserwacji wynika, że Lena nie ma wcale szybkiego ogólnie nurtu, jak do tego momentu naszej wyprawy. Na niektórych swoich maleńkich odcinkach przyśpiesza, a na niektórych prawie zanika. W sumie średni nurt rzeki wynosi ok. 3 km/h.
        Płynęliśmy ok. 10 godz.
 
 
7 VII 2003 r. (60°32’55N, 122°40’31E, 116 npm)
 
        Przez pierwsze trzy godziny płynęło się nam świetnie, bowiem nie było żadnego wiatru w twarz. Potem przyszedł północno-wschodni wiatr i zaczęła się mordęga. Zauważyłem, że jak do tej pory, to najczęściej wieją nam wiatry z tamtego kierunku. Wiatr ten jest na tyle silny, że często zmienia całkowicie nurt rzeki. Chcąc poruszać się do przodu trzeba się nieźle namęczyć. Tempo wyprawy jak na razie dobre. Nieustanne płynięcie machając wiosłami, jedzenie i spanie- to codzienne realia wyprawy, dzięki którym przybywa nam kilometrów . Najczęściej płyniemy rano nieustannie 4 godziny albo więcej, potem robimy przerwę na posiłek i znowu płyniemy cztery lub więcej godzin. Czasami robimy jeszcze wieczorną przerwę w celu pokonania jeszcze większej ilości kilometrów. Potem spanie.
        Z obserwacji warunków atmosferycznych i hydrograficznych rzeki dochodzę do wniosku, że tylko kajakami można poruszać się po rzece w takim tempie jak my. Inne łodzie wiosłowe: ponton, czy też zwykła łódka, to co najmniej dwukrotnie, albo trzykrotnie wolniejsze tempo i większy wysiłek.
        Płynęliśmy dziś ok. 9 godz.
 
 
8 VII 2003 r. (60°40’08N, 124°23’22E, 115 npm)
 
        Od samego poranka niebo było pochmurne i padał deszcz. Właściwie to deszcz padał prawie nieustannie aż do godz. 18.00. Mimo to twardo płynęliśmy do przodu. Wieczorem trochę się wypogodziło, ale chmury nadal zasnuwały niebo. Szczerze mówiąc wyglądy bardzo misternie na tle wzgórz i wód Leny.
        Piotrka i Tomka nadal kusi rezygnacja z wyprawy i powrót do domu, tym bardziej, że niedaleko już do Jakucka. Świadomie, czy też nie szukają i próbują wmówić sobie i mi argumenty, które by usprawiedliwiały tę decyzję. Ja jednak twardo i konkretnie wyraziłem im swoją opinię na ten temat. Dla mnie jest to ucieczka i poddanie się.
        Płynęliśmy ok. 10 godz.
        Chłopcy stwierdzili zgodnie, że płynięcie pontonem po Lenie jest raczej niemożliwe przy takim nurcie rzeki.
 
 
9 VII 2003 r. (60°55’30N, 125°52’37E, 109 npm)
 
        Rano było pochmurnie. Śniadania nie zjedliśmy w miejscu biwakowania, bowiem było zbyt dużo komarów, które usiłowały posilić się naszą krwią na śniadanko. Zjedliśmy je później w miejscu trochę wolniejszym od ich obecności. Komary, muszki, gzy to najbardziej liczni i namolni mieszkańcy tajgi w okresie syberyjskiego lata. Na tych terenach są one wrogami numer jeden dla człowieka .
        Po południu pogoda się rozpogodziła. Można było więc posuszyć trochę mokre ciuchy. Krajobraz na Lenie powoli zaczął się zmieniać. Skaliste pocięte klify ciągnące się wzdłuż brzegów rzeki kształtują obraz tutejszej Leny. Rzeka również bardziej staje się szeroka. W niektórych miejscach dochodzi nawet do ok. 8 km. Nurt Leny nie zmienił się. W miejscach, gdzie rzeka się zwęża, lub pośrodku niej jest jakaś wyspa, prąd rzeki przyśpiesza. Natomiast w innych miejscach nurt rzeki jest wolny, a nawet czasami nie ma go w ogóle. W sumie nic się w naszym kajakowaniu nie zmieniło. Nadal ostro wiosłujemy.
        Piotrek i Tomek złapali już dawno rytm wyprawy i płyną świetnie. Nie muszę im za dużo mówić , co mają robić. Zazwyczaj sami już wyczuwają co należy w danym momencie zrobić. Pomysł dyżurów kuchennych odrzuciłem. Wszystko trwało za długo. Ponieważ spełniam rolę budzika wyprawowego i pierwszy zawsze jestem na nogach dlatego to ja rozpalam ognisko i przygotowuję posiłek z rana. Chłopcy zazwyczaj pakują w tym czasie swoje ciuchy i składają namiot. W czasie przerwy popołudniowej, bywa różnie. Najczęściej jednak wspólnie przygotowujemy posiłek. Wieczorem też wspólnie rozbijamy namiot. Bardzo rzadko już udzielam chłopakom jakiekolwiek uwagi. Nie chcę się bawić w pedagoga, nie o to chodzi, tylko o tempo wyprawy, by osiągnąć zamierzony cel.
        Płynęliśmy dziś ok. 9 godz.
 
 
10 VII 2003 r. (61°06’54N, 127°15’01E, 109 npm)
 
        Dzień jak każdy inny. Rano przez ok. dwie godziny płynęło się dobrze. Potem przyszedł wiatr w twarz, który przyniósł chmury i przelotny deszcz.
Powoli zaczyna już męczyć monotonia. Każdy dzień robi się podobny do siebie. Krajobraz Leny niczym szczególnym, jak na razie nie szokuje.
        Podwieczór dopłynęliśmy wreszcie do przepięknych Leńskich Stołbów. Są to postrzępione skalne klify, które ciągną się wzdłuż Leny. Są one efektem działania przez tysiące, a może i miliony lat wody i wiatrów. Ci naturalni rzeźbiarze w sposób niewiarygodny wyrzeźbili w przeróżne kształty pionowe klify, które pionowo spadają do wody. Podziwialiśmy w zachwycie te cuda natury. Naszą uwagę zwróciły efekty akustyczne, które można podziwiać po puszczeniu echa. Fala dźwiękowa jest wielokrotnie odbijana o różne skały i ulega przeróżnym załamaniom. Powoduje to niesamowite efekty akustyczne. Bawiliśmy się wypuszczając różne dźwięki i słuchając jego interesującego wielokrotnego echa.
        Prąd rzeki nie szczególny na tym odcinku. Nic się nie zmieniło.
        Płynęliśmy ok. 9 godz.
 
 
11 VII 2003 r. (61°15’29N, 128°07’43E, 100 npm)
 
        Rano wyruszyliśmy trochę późno. Nazbierało mi się bowiem parę rzeczy do pilnego pozszywania. Moje spodnie były dość mocno podziurawione od częstego przebywania koło ognisk w każdej chwili groziły całkowitemu rozleceniu się. Podobnie było też z jednym z moich butów, któremu odpadała już prawie całkowicie podeszwa. Ze spodniami poszło mi gładko gorzej było z butem. W trakcie jego zszywania połamałem aż trzy igły. Na szczęście podeszwę przymocowałem.
        Kiedy wypłynęliśmy wiał bardzo silny wiatr. Oczywiście z kierunku z którego najczęściej tu wieją wiatry , czyli z NE. Wiał prosto w twarz. Bardzo mocno trzeba było wiosłować, by poruszać się do przodu. Nurt rzeki był silny, ale niestety w odwrotnym do normalnego nurtu rzeki i celu naszej wędrówki.
        W wiosce Tumul zatrzymaliśmy się, aby kupić parę bochenków chleba. Przy naszych kajakach, jak zwykle to bywa, zgromadziło się trochę ludzi. Byli mieszkańcami tej jakuckiej wioski. W trakcie rozmów porozumiewali się ze sobą w języku jakuckim. Powiedzieli nam, że język jakucki jest bardzo podobny do języka kirgiskiego. Jeden z Jakutów bardzo chciał sprzedać nam za 50$ swój jakucki nóż. Odpowiedziałem, że nie bo mamy noże. Pokazałem mu nóż, który dostałem w prezencie od dobrego człowieka w czasie trwania tej wyprawy. Jakut jednak chciał udowodnić wartość swego noża. Wziął mój nóż w jedną rękę drugi w drugą i uderzył ostrzami obu noży o siebie. Niestety stal mojego noża była tak twarda, że nie pojawiła się żadna rysa. Natomiast na ostrzu noża Jakuta pojawiła się głęboka rysa. Inni Jakuci śmieli się z całego zdarzenia. Biedny Jakut nie spodziewał się, że może być nóż zrobiony z twardszej stali niż jego.
         Po południu w trakcie płynięcia zmoczył nas bardzo silny deszcz.
         Wieczorem podpłynęła do naszych kajaków na wodzie jakaś motorówka. Znajdowało się w niej dużo dzieciaków i paru nauczycieli. Jechali na jednodniowy biwak koło Leńskich Stołbów. Jeden z nauczycieli- historyk, powiedział nam o starych rysunkach skalnych, które są namalowane na ścianach skalnych „stołbów”. Wspomniał też o jaskiniach pierwotnych ludzi, które znajdują się też w „stołbach”. Nauczyciel poinformował nas o grupie archeologów, która prowadzi jakieś prace badawcze niedaleko stąd. Wśród tej grupy jest ponoć jakiś najlepszy archeolog w Jakucji, który nazywa się Kaczmar i jest specjalistą w odczytywaniu tych skalnych rysunków. Nauczyciel mówił też o niektórych Polakach, którzy wnieśli swój wkład w kulturę Jakucji. Odnośnie wypraw, to wspomniał o zimowej ekspedycji Jacka Pałkiewicza do bieguna zimna – Wierchojońska.
        Rzeczą szczególną, która nas uderza jest to, że nikt ze spotykanych przez nas po drodze ludzi nie pamięta wyprawy na pontonie Romana Koperskiego z 1998 r. Jest to bardzo dziwna rzecz, bowiem podróżnik ten podczas wyprawy, jak napisał w swojej książce, korzystał cały czas z pomocy ludzi, gdyż był bez pieniędzy i poruszał się pontonem oblepionym porządnie naklejkami jego sponsorów? Co więcej, jest to tym bardziej dziwne, że przy takim nurcie rzeki i takich wiatrach jakie tu mieliśmy nie wydaje się nam osobiście realne płynięcie pontonem?
        Płynęliśmy ok. 8 godz. Jutro zamierzamy się spotkać z grupą archeologów.
 
 
12 VII 2003 r.
 
        Od samego rana wiał dość silny wiatr z północnego-wschodu. Rozpaliłem ognisko i postawiłem garnek, aby ugotować wodę na herbatę. Naglę widzę, że zbliża się w moim kierunku, jakaś motorówka z dwojgiem ludzi. Kiedy już przybili do brzegu zapytali mnie, czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Byliśmy bowiem rozbici na jakiejś wyspie i rzeczywiście, ktoś patrząc na nas z daleka mógłby pomyśleć, że coś się stało. Odpowiedziałem, że „Niet”. Pomogłem im wypchnąć motorówką na brzeg. Dwaj nieznajomi przybysze przedstawili się: Aleksander i Aliosza. Aleksander był trochę pijany, ale z jego twarzy promieniował serdeczny, gościnny uśmiech. Porozmawialiśmy trochę na brzegu, poczym Aleksander zaproponował nam przejażdżkę na motorówce w celu pokazania nam pieczar skalnych, w których prawdopodobnie żyli pierwotni ludzie. Ja i Piotrek wsiedliśmy na pokład motorówki, Tomek zaś został na wyspie, aby pilnować kajaków. Pogoda nie była najlepsza do takich przejażdżek, bowiem wiał dość silny wiatr i były fale. Aleksander zaś jak wariat prowadził nonszalancko jedną ręką motorówkę. Powiedział, że w taką pogodę tylko rybacy są na tyle odważni, aby pływać. On zaś jest dobrym rybakiem. Skakaliśmy z fali na falę. Trzeba się było mocno trzymać, aby nie wylecieć za burtę. Aleksander pokazał nam na lewym brzegu rzeki przepiękne pieczary, w których mówił, że żyli pierwotni ludzie, oraz cudowne „stołby”, o przeróżnych kształtach. Piotrek robił co chwila zdjęcia, ja utrwalałem na video te piękne miejsca. Przejażdżka trwała ok. 1,5 godz. Po powrocie na wyspę, gdzie stały nasze kajaki wymieniliśmy się adresami. Aleksander robił to z takim przejęciem, jakby był ministrem i zawierał jakąś umowę międzynarodową. Podziękowaliśmy bardzo śmiesznemu Aleksandrowi i jego bratu Alioszy za ich gościnność.
        Wypłynęliśmy ok. 11.00 godz. Wiał coraz silniejszy wiatr w twarz i zaczęły się pojawiać duże fale. Bardzo ciężko płynęło się do przodu. Rzeka od tego silnego wiatru zmieniła całkowicie swój nurt. Uciekliśmy prawie do samego brzegu i tak płynęliśmy do przodu. Po ok. czterech godzinach płynięcia dostrzegliśmy obóz badawczy archeologów. Bazowali oni nad małą rzeczką, która wpada do Leny i nazywa się prawdopodobnie Czarnoje. W obozie znajdowało się ok. 20 studentów i kadra wychowawcza. Przyjęli nas bardzo gościnie. Na początku poczęstowali posiłkiem, a potem poszliśmy oglądać „pisanice”- rysunki skalne. Archeolodzy mówili , że niektóre z „pisanic” liczą nawet ok. 10 tysięcy lat. Znajdują się nie tylko w tym regionie Leny, ale można je spotkać również w innych częściach rzeki, jak i również na innych syberyjskich rzekach. Najbardziej znaną jest w tym regionie „pisanica” przedstawiająca łosicę i łosia oraz umierającego ich małego łosiątka. Obraz ten namalowany jest na krawędzi skalnego klifu. Ludzie miejscowi od wieków przychodzą, aby go oglądać i zawsze zostawiają przy nim coś na „pamiątkę”. Andriej, który napisał pracę naukową na temat „pisanic” mówił, że prawdopodobnie kiedyś bardzo dawno temu ludzie, zamieszkujący te tereny wierzyli, że w górze tej, na której jest namalowana ta „pisanica” z umierającym łosiątkiem mieszka duch i przychodzili tu, aby się modlić. Zwyczaj przychodzenia na to miejsce i zostawiania czegoś na „pamiątkę” przetrwał aż do czasów dzisiejszych. Andriej z kadrą archeologów oprowadzali nas po krawędziach tej góry i pokazywali nam różne „pisanice”. Objaśniali ich tajemnice. „Pisanic” jest w tym regionie ok. 300. Pochodzą z różnych epok i przedstawiają różne motywy. Są np. rysunki przedstawiające szamana, łódkę, zwierzęta itp. Znajdują się również rysunki, które są jakimiś znakami - kalendarzem czy też pismem pierwotnym? Większość z nich czeka jeszcze na rozszyfrowanie ich znaczenia. Chodziliśmy z Andriejem nawet w tajgę, aby obejrzeć niektóre z „pisanic”. Andriej szedł tylko w klapkach, a poruszał się tak zwinnie, że ciężko mu było dotrzymać kroku. Powiedział, że już wiele lat spędził wędrując przez gęstwiny tajgi, w celu odkrywania coraz nowszych „pisanic”. Widać było w nim pasję odkrywczą naukowca. Pokazał nam nawet jedną z „pisanic”, którą odkrył wczoraj. Był to jakiś znak w kształcie litery T. Andriej był ciekawym człowiekiem. Był wielokrotnym laueratem różnych olimpiad naukowych w Jakucji. Dzięki temu studiował rok na uniwersytecie oxfordskim w Anglii. Dowiedzieliśmy się od niego i innych młodych naukowców, że na drugim brzegu Leny naprzeciwko miejsca biwakowania archeologów odkryto ślady bytności pierwotnego człowieka. Naukowcy datują je różnie, począwszy od okresu 3 milionów aż do 1,5 miliona. Fakt ten robi łamigłówkę dla paleontologów, którzy byli zwolennikami teorii afrykańskiego pochodzenia człowieka.
        Wieczorem, kiedy zamierzaliśmy już wypływać do obozu przyjechał prof. Kaczmar. Człowiek ten jest uważany za najlepszego archeologa w Jakucji. Jest specjalistą od „pisanic”, które odkrywa i bada już od 25 lat. Wygląd jego był bardzo oryginalny. Wzrostu ok. 1,90 cm, dobrze zbudowany. Miał dość długie siwe włosy i długą brodę. Ubrany był w kurtkę brezentową, z boku miał torebkę, w której nosił mapę, kompas i wiele swoich notatek. Jednym słowem naukowiec z krwi i kości. Do tego z niesamowitym temperamentem i charyzmą. Po przywitaniu się z nami nie chciał nas puścić, tak szybko ze swojego obozu. Zresztą i my byliśmy ciekawi poznania jego osoby. Zaprosił nas i całą kadrę naukową na kolację. Kolacja była pod gołym niebem. Profesor wyjął na stół flaszkę wódki i inne produkty, które kupił w Jakucku. Biło od niego „wielkie serce” i temperament. Miał też przy sobie pistolet- rakietnicę, która głośno strzelała. Po toaście wódki „za polskich druzji”- polskich przyjaciół, wystrzelił parę razy na naszą cześć ze swojego pistoletu. Niesamowity człowiek i naukowiec. Potem wdałem się z profesorem w długą dyskusję naukową. Wszyscy zgromadzeni przy stole poszli do ogniska, gdzie komary mniej gryzły, a ja z profesorem prowadziliśmy dialog. Tematem przewodnim był problem antropogenezy, genezy religii i metod datowania odkryć w archeologii. Bardzo dużo wyniosłem z tej rozmowy. W wielu punktach wnioski profesora były odzwierciedleniem moich przemyśleń na te tematy.
        Namiot rozbiliśmy koło obozu archeologów. Położyliśmy się spać ok. 2.00 w nocy.
        Wiosłowaliśmy dziś tylko 4 godz. Warto jednak było zatrzymać się w takim miejscu i mieć możliwość poznania tylu ciekawych odkryć archeologicznych i niesamowitych naukowców, a zwłaszcza profesora Kaczmara.
 
 
13 VII 2003 r. (61°42’55N, 129°32’00E, 91 npm)
 
        Rano zjedliśmy śniadanie z grupą archeologów i przewodniczącym im profesorem Kaczmarem. Profesor po raz kolejny urzekł mnie swoją osobowością: gościnnością i otwartością na drugiego człowieka. Opowiadał nam o historii Jakucji. Dawał nam porady na dalszą drogę. Mówił też, po obejrzeniu naszej mapy i naszego sprzętu na wyprawę, że przypominamy mu pierwszych pionierów odkrywców, którzy szli w nieznane. Radził nam, abyśmy w Jakucku zaopatrzyli się w jakieś dokładniejsze mapy. Profesor nadmienił również, że kiedyś, jak był młody, to też z kolegami pływał kajakiem po wielu rosyjskich rzekach. Urodził się na Ukrainie, ale losy zaniosły go na daleką Syberię. Pracował na uniwersytecie w Moskwie, ale nie odpowiadał mu klimat stolicy. Przeniósł się więc do Jakucji. Lubi on bowiem dziką i piękną przyrodę. Teren Jakucji jest co najmniej pięć razy większy niż powierzchnia Francji. Żyje na nim tylko ok. miliona ludzi. Te warunki są między innymi jednym z główniejszych powodów dlaczego ludzie na Syberii są bardzo gościnni i otwarci na drugiego człowieka. Człowiek jak spotyka drugiego człowieka w tajdze to się raduje i cieszy. Człowiek cieszy się z możliwości zobaczenia drugiego człowieka i porozmawiania z nim. Profesor mówił, że na Syberii mieszkają w większości bardzo dobrzy ludzie. Przestrzegał jednak nas, abyśmy pamiętali także, że Syberia, to „tjurma” – więzienie wielu narodów. Na pożegnanie profesor polecił nam zwiedzić muzeum etnografii przy Uniwersytecie Jakuckim. Uściskał nas po ojcowsku po czym kiedy wypływaliśmy wystrzelił na pomyślność naszej ekspedycji z rakietnicy. My odwzajemniliśmy się wystrzałem maleńkiej rakiety z naszego pistoletu straszaka. Tak niesamowitego i oryginalnego naukowca z tak wielkim sercem i temperamentem, to ja jeszcze w swoim życiu nie wiedziałem. Człowiek ten wniósł w naszą wyprawę nowego ducha.
        Płynęliśmy tego dnia ok. 10 godz. Do Jakucka zostało nam ok. 50 km.
 
 
14 VII 2003r (62°05’26N, 129°50’19E, 86 npm)
 
        Spaliśmy krótko, bo ok. 5 godz. Obudziłem wcześnie rano chłopaków i wypłynęliśmy. Jakuck jest położony na lewym brzegu Leny, ale trochę na jej poboczu od głównego nurtu. Lena jest w tych miejscach dość szeroką rzeką i wewnątrz niej znajduje się bardzo dużo wysp. Przebijaliśmy się więc między wyspami, aby na czas zapłynąć do Jakucka. Chcieliśmy bowiem zwiedzić muzeum etnografii w Jakucku i zrobić porządne zakupy na dalszą drogę. Postanowiliśmy, że wpłyniemy do Jakucka trzymając się cały czas lewego brzegu Leny. Profesor Kaczmar powiedział nam wcześniej o takiej możliwości. Nie chcieliśmy obierać szlaku głównego do Jakucka, którym wpływają statki. Jest on o wiele dłuższy. W pewnym momencie bowiem trzeba się cofać, aby płynąc pod prąd trafić do jakuckiego portu. W wypadku kajaków byłoby to niepotrzebne robienie zbędnych kilometrów.
        Do Jakucka płynęliśmy ok. 6 godz. Byliśmy mocno zmęczeni, gdyż płynęliśmy bez śniadania i po krótkim śnie. Jakuck zaskoczył nas swoim nowoczesnym budownictwem. Mieszka w nim ok. 300 tys. ludzi. Miasto jest dość schludne i ładne. Kupiłem w nim mapę na dalszą drogę i zwiedziłem wraz z Piotrkiem muzeum etnografii przy Uniwersytecie Jakuckim. Mapa, co prawda nie miała dokładnej podziałki, ale miała zaznaczone równoleżniki i południki. W Uniwersytecie kupiłem trochę książek naukowych i poznałem naukowca paleontologa, który zajmuje się mamutami. Na imię miał Boeskorov Gennady. Dość dużo dowiedziałem się od niego o mamutach. Zauważyłem, że w Jakucku spotkać można na drogach bardzo dużo samochodów japońskich. Dowiedziałem się, że mieszkańcy Jakucji jeżdżą aż do Włądywostoku po zakup tych samochodów. Kupują je tam za bardzo tanią cenę. Po czym wracają nim do Jakucji. Wcześniej niektórzy mieszkańcy jeździli aż do Europy, głównie do Niemiec po zakup samochodu. Aktualnie o wiele bardziej się opłaca ściągnięcie samochodu z Władywostoku.
        Kajaki nasze musieliśmy przenosić przez drogę do zalewu, gdzie był port, bowiem nie było żadnego wodnego połączenia. Na szczęście odległość ta wynosiła tylko ok. 50 m.
        Wypłynęliśmy wieczorem z portu w Jakucku. Kiedy już byliśmy na wodzie przypomniałem sobie, że nie mamy żadnej wody do picia. Ludzie radzili nam, żeby od Jakucka nie brać żadnej wody do picia z rzeki. Jest ona bowiem brudna. Podpłynęliśmy więc do jakiegoś statku, który stał w porcie i poprosiliśmy o wodę. Jednak zastępca kapitana, który miał na imię Igor zaprosił nas na pokład statku na kolację. Przekazał nam dużo informacji na temat dalszej części Leny. Bosman zaś, stary wilk morski, opowiadał nam o swoich morskich przygodach. Na dalszą drogę dali nam dużo herbaty i mleka zagęszczanego w puszkach. Proponowali nam, że mogą nas podrzucić aż do Ałdanu. Odmówiliśmy im, bowiem pokonanie Leny w statku, choćby nawet małego odcinka nie jest naszym celem. Na pożegnanie przestrzegali nas, abyśmy byli bardzo rozważni w kajakowaniu na dalszej części Leny, bowiem na tym odcinku będzie bardziej przypominała morze, niż rzekę. Wspomnieli o sztormach, które sami tam widzieli. Statek ich, który liczy ok. 50 m długości i 10 m wysokości wiele razy stał zatrzymany przez te sztormy. Mówili, że fale przelewały się przez pokład bardzo obficie. Serdecznie się z wilkami morskimi pożegnaliśmy. Niesamowici ludzie.
        Płynęliśmy dziś w sumie ok. 7,5 godz. Namiot rozbiliśmy na jakiejś wyspie za Jakuckiem.
 
 
15 VII 2003r (62°33’09N, 129°52’59E, 71 npm)
 
        Pagoda była słoneczna. Wypłynęliśmy na dalszy etap naszej podróży. Ruch statków na Lenie w tym regionie był bardzo duży. Parę razy musieliśmy uciekać bliżej brzegu, aby uniknąć kolizji, z „rakietą”. „Rakiety”- są to statki pasażerskie, napędzane silnikami o bardzo dużej mocy. Pływają bardzo szybko i robią duże fale. Na Lenie pływają one od miejscowości Ust-Kut.
       Lena od Jakucka robi się coraz szerszą rzeką. Rzeczą uderzającą w jej krajobrazie są wyspy, których jest bardzo dużo.
        Wieczorem gdy już słońce łagodnie zachodziło, płynąc między wyspami słyszeliśmy śpiew wielu gatunków ptaków. Przyroda tu jest niesamowita. Człowiek uczy się podziwu i szacunku dla Stwórcy tych cudów natury.
        Płynęliśmy ok. 8 godz.
 
 
16 VII 2003 r (63°09’56N, 129°39’38E, 65 npm)
 
        W dniu dzisiejszym pagoda była bardzo słoneczna. Płynęliśmy między wyspami, rozkoszując się piękną pogodą. Lena jest już bardzo szeroka. Nie widać drugiego brzegu, bowiem zakrywają go dziesiątki przeróżnych wysp.
        Nurt rzeki na tym odcinku był różny. W niektórych miejscach był bardzo szybki, tak, że powodował odrywanie się dużych kawałków skarp od wysp. W innych zaś nurtu nie było.
        Ok. południa mieliśmy spotkanie na wodzie z tutejszą policją. Było to na wysokości wioski Namtsy. Podpłynęła do nas motorówka z trójką ludzi. Jeden z nich przedstawił się i wyjął legitymację, aby uwiarygodnić swój zawód. Zapytał nas skąd i dokąd płyniemy. Skontrolował nasze dokumenty. Następnie zapytał, czy mamy wizy. Odpowiedziałem, że tak, chociaż mieliśmy tylko wizy AB. Według rosyjskiego prawa „innostrancy”- osoby z zagranicy powinny zameldować się i zarejestrować w odpowiednim miejscu w przeciągu trzech dni od wjazdu do Rosji. Na szczęście policjant ten nie był zbyt dociekliwy. Turyści należą w tych regionach do bardzo wielkich rzadkości. Na pożegnanie podał mi rękę i życzył „sczastliwego” na dalszą podróż. Jestem pewny, że inaczej to spotkanie wyglądałoby z policją w Moskwie. Tamci policjanci nauczyli się już żerować na turystach i bez łapówki nie dogadałoby się z nimi.
        Płynęliśmy dziś ok. 10 godz. Jutro, albo w Sangarze trzeba zrobić będzie jakieś większe zakupy, bowiem nie kupiliśmy dużo produktów spożywczych w Jakucku. Potem jedna wioska od drugiej są oddalone o 200, 300 km i do tego trudno do nich trafić, bowiem są pochowane za wyspami, albo leżą daleko od brzegu Leny.
 
 
17 VII 2003 r. (63°31’55N, 128°54’01E, 62 npm)
 
        Rankiem bardzo fajnie się płynęło. Nie było żadnego wiatru i bardzo mało gzów i komarów. Jedynym mankamentem był duży upał. Słońce dość mocno przypiekało.
        Ok. południa zjedliśmy na jednej z piaszczystych wysp obiad. Panorama nas otaczająca bardziej przypominała wyspy Bahama niż Syberię. Piaszczyste samotne wyspy, słońce na tle błękitnego nieba i ciepła woda Leny.
        Po południu ujrzeliśmy rzekę Ałdan, która wpada do prawego ramienia rzeki Leny. Krajobraz w tych miejscach bardziej przypominał jakieś południowe morze niż rzekę. Lena była tak szeroka, że nie widać było drugiego brzegu.
        Pogoda po południu się zmieniła. Zaczął wiać dość silny północny wiatr. Powodował on fale, które zmieszane z prądem rzeki były ciężkie do płynięcia.
        Wieczorem wiatr trochę przycichł. Płynąc w kajaku podziwiałem piękny otaczający mnie świat. Przepiękny zachód słońca, szum wiatru i fal i dziesiątki dzikich wysp. Świat codzienny szary nie istniał. Człowiek czuł się w tym wszystkim, jakby zanurzony w inną rzeczywistość, bliższą nieba. Czy słowa to wyrażą?
        Płynęliśmy ok. 10 godz.
 
 
18 VII 2003 r. (63°51’04N, 127°41’42E, 60 npm)
 
        Dzień dzisiejszy był bardzo upalny. Temperatury były tropikalne. Z całą pewnością dużo powyżej 30° C. Gorąca powłoka unosiła się nad wodą przesłaniając prawie cały horyzont. Teren stał się bardziej dziki. W ciągu całego dnia widzieliśmy tylko jedną motorówkę, żadnej wioski. Wyspy leżące na tym odcinku Leny stały się większe. Wewnątrz ich rosną modrzewiowe lasy. Trudno je rozróżnić od brzegów Leny. Wcześniej wyspy mijane przez nas były w większości krzewiaste. Łatwo więc można było rozróżnić, czy się znajdujemy na wyspie czy lądzie. Teraz nie wiemy czy widzimy brzeg Leny, czy też wyspę. W trakcie płynięcia towarzyszyły nam duże ilości atakujących nas gzów. Bawiliśmy się więc od czasu do czasu zabijając spragnione naszej krwi duże muchy. Ciekawe, że po uderzeniu ręką wcale nie były one zabite. Trzeba było zmiażdżyć muchę, aby być pewnym, że znowu nie zaatakuje.
        Pod wieczór naszym oczom wyłoniły się Góry Wierchojońskie. Zaczął też wiać dość silny wiatr z południowego-wschodu. Wykorzystaliśmy więc sprzyjający dla nas wiatr wiosłując i będąc popychani przez niego i fale. Fale były duże. Przypominały bardziej morskie fale niż rzeczne. Niestety po ok. dwóch godzinach wiatr się skończył. O godz. 2.00 w nocy rozbiliśmy namiot na jakiejś piaszczystej wyspie.
       Płynęliśmy ok. 10 godz. Mamy już nie dużo kilometrów do Sangaru. Musimy koniecznie w tym mieście kupić dużo produktów do jedzenia, bowiem do następnej „większej” miejscowości- Żigańska mamy ok. 600 km. Po drodze zaś tylko dwie, albo trzy wioski, które i tak ciężko będzie znaleźć, bo albo są oddalone daleko od brzegów Leny, albo schowane za wyspami.
 
 

- strona 3 -

 

strona:  1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 

 
 

do góry

 
 
 
 
   
 
 
 Informacje o innych naszych wyprawach znajdziesz na stronie anisko.net
 
 
 Designed by IbrahimS © 2003