We are from Poland
 
anisko.net 
 
 
 Lena 2003 - strona główna
 
 
Kajakowa wyprawa przez syberyjską rzeke Lene.    
 
 
 
 
 
  Lena 2003 - relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko
 
 

strona:  1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 


pobierz pamiętnik

LENA
(3.VI – 27. VIII. 2003 r.)
Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko

 

- strona 4 -

 
 
19 VII 2003 r. (64°01’17N, 127°18’14E, 54 npm)
 
        Do Sangaru płynęliśmy ok. 1,5 godz. Jest on położony na prawym brzegu Leny, za górą i skalistą ścianą. Baliśmy się, żeby go przypadkiem nie ominąć, bowiem nasze zapasy jedzenia były już na wyczerpaniu, a przed nami był do przebycia prawie 600 km bezludny odcinek. Sangar w pierwszym wzrokowym kontakcie przypominał małe miasteczko po bitwie. Bardzo dużo walących się domów i unoszące się dymy nad miastem. W Sangarze mieszka obecnie ok. 4 tys. ludzi. W czasach komunizmu, kiedy miasto to przeżywało swój rozkwit liczyło ok. 10 tys. mieszkańców.
       W jednym ze sklepów spożywczych Sangaru zrobiliśmy duże zakupy. Kierownik sklepu widząc ilość naszych zakupów zaoferował nam nawet pomoc w dostarczeniu ich swoim samochodem dostawczym do brzegu, gdzie stały kajaki. Po wypakowaniu naszych zakupów kierownik zaproponował mi małą wycieczkę. Na początku pojechałem z nim do jego „letników”- magazynów chłodni. Były to wykopane w skale na wzgórzu długie korytarze z pobocznymi pokojami. Miały one długość ok. 100 m. Kierownik przetrzymywał w nich swoje produkty na sprzedaż. Były tam różnego gatunku ryby, zabite jelenie, renifery, świnie itp. artykuły. Temperatura na zewnątrz była ok. 30° C, zaś w środku w „letniku” ok. -16° C. Na tych szerokościach geograficznych nie używa się lodówek, bowiem w ziemi panuje wieczna zmarzlina. Następnie kierownik poczęstował mnie obiadem. Dawno już nie jadłem normalnego obiadu, więc skosztowałem go z wielką przyjemnością. Po obiedzie kierownik zabrał mnie do byłej bazy wojskowej, która była oddalona od miasta o jakieś ok. 20 km. Pokazał mi potężne wojskowe anteny , które były zwalone przez ludzi rok temu. Był to niezły widok. Złomowisko wież, których wysokość przed zwaleniem wynosiła ok. 60 m. Kierownik objaśnił mi, że do niedawna jeszcze Sangar był miastem „zakrytym”. Jeśli, ktoś chciał tu przyjechać musiał wcześniej uzyskać specjalną przepustkę.
        Po pożegnaniu się z kierownikiem, kiedy wróciłem do kajaków spostrzegłem policjantów, którzy rozmawiali z Tomkiem i Piotrkiem. Podszedłem i przywitałem się z nimi. Policjanci byli jacyś „nie rosyjscy”, nie kontrolowali nas, nie spisywali, czy też wypytywali. Widać było, że byli ciekawi po ludzku, takich nietypowych turystów. Opowiadaliśmy im o naszej wyprawie i przygodach, które mieliśmy. Zapytali nas czy posiadamy broń. Pokazałem im nasz mały pistolecik straszak na niedźwiedzie. Roześmiali się. Na moje pytanie o niedźwiedzie odpowiedzieli, że jest ich tutaj, a tym bardziej dalej bardzo dużo. Są one wszędzie, są nawet na wyspach Leny. Chciałem poczęstować policjantów piwem, ale powiedzieli, że są na służbie, więc poczęstowałem ich cukierkami i pożegnaliśmy się serdecznie.
       Potem poznaliśmy Mikołaja i Wanię. Mikołaj opowiadał mi, a prawdopodobnie „bajerował” o 10 miesięcznej podróży odbytej przez niego w 2000 r wraz ze swoją żoną i małym synkiem. Podróżowali na motorówce, do której dorobił on kabinę i maszt na żagle wzdłuż Leny, Morza Lapitieva, rzeki Jany i Kołymy. Na moje pytanie czym się żywili? Odpowiedział że głównie rybą i zwierzętami na które on polował. Mikołaj udzielił nam bardzo dużo informacji na temat dalszej części Leny, która była do pokonania przed nami. Mówił, że wódka na dalekiej północy ma dużą wartość. Za litr wódki można kupić broń. Radził, aby z Jakutami nie pić wódki, bowiem po wypiciu dużej ilości częste są u nich bójki na noże. Odnośnie wiosek do Żigańska Mikołaj mówił, że są bardzo oddalone od brzegu, nawet do 20 km. Pokazał nam na mapie miejsca, gdzie mogą znajdować się rybacy. Statek „rakieta” pływa tylko do Sangaru. Dalej mówił Mikołaj, że już „rakiety” nie zobaczymy. Odnośnie pogody powiedział, że wszystkiego dalej możemy się spodziewać, nawet śniegu. Mikołaj i Wania dali nam w prezencie tutejszy sprzęt do łowienia ryb i dużo porad, gdzie i jak najlepiej wędkować. Zapraszali nas bardzo nachalnie do wioski przed Sangarem, w której mieszkali. W wiosce tej mieszkają tylko cztery rodziny. Bardzo chcieli nas ugościć u siebie. Strasznie niezręcznie było nam odmówić na ich zaproszenie, tym bardziej, że zaczął wiać silnie północny wiatr, który powodował niezłe fale. Nie wiedziałem, jak wybrnąć grzecznie z tej sytuacji. Nie chciałem ani ja ani chłopcy cofać się 4 km do tyłu i ryzykować podczepiania kajaków do ich motorówki. Wypiliśmy więc z nimi trochę wódki przy kajakach.
        Kiedy siedzieliśmy na brzegu przyjechała znowu policja. Pewnie dbali o nas i nie chcieli, aby coś złego stało się nam w ich mieście. Porozmawiałem z nimi trochę. Jeden z policjantów zaproponował mi kupienie za 100$ broni palnej. Nie była to jakaś oferta kupiecka chcącego zarobić na nas pieniądze, ale przychylna propozycja. Posiadanie broni palnej tu w tak dzikich terenach jest czymś normalnym. Dzięki niej człowiek może przetrwać w tajdze. Odmówiłem jednak kupienia.
        Wieczorem, kiedy już tak mocno nie wiało wypłynęliśmy. Nieźle jeszcze nas huśtało na falach.
        Płynęliśmy dziś w sumie ok. 5 godz.
 
 
20 VII 2003 r.
 
        Rano wiał dość silny północny wiatr. Mimo jednak sztormowych warunków wypłynęliśmy. Płynęliśmy jednak tylko 2,5 godz. Wiatr wiał tak silnie, że bardzo wolno poruszaliśmy się do przodu, prawie staliśmy w miejscu. Fale również zaczęły robić się niebezpieczne. W wiosłowanie trzeba było wkładać bardzo wiele siły, a efekt tego w poruszaniu się do przodu był bardzo marny. Zatrzymaliśmy się więc na jakiejś wyspie, aby przeczekać te trudne warunki do płynięcia. Na postoju nie marnowaliśmy czasu. Zabraliśmy się za remonty. Stary kajak należało trochę podkleić, bo zaczęła wchodzić do niego woda. Drugim zajęciem zaś było zszywanie butów, bowiem wszystkim nam zaczęły się one porządnie rozlatywać. W trakcie zszywania butów każdy z nas połamał trochę igieł.
        Wieczorem siła wiatru trochę zmalała, wobec czego wyruszyliśmy na wodę. Płynęliśmy do 23.30 godz.
        Zauważyłem, że krajobraz nas otaczający był w dniu dzisiejszym mimo wiatrów przesłonięty przez dymy tajgi. Lasy na tym terenie płonęły. W związku z tym nie można było podziwiać w pełni Gór Wierchojońskich. Na szczęście nie było muszki, za to były duże ilości komarów. Teren w który wpływamy jest naprawdę dziki. Tu króluje przyroda, człowiek czuje się wobec niej bardzo mały. Dziękuję Bogu za to, że tu jestem. Wierzę, że Jego Opatrzność czuwa nad nami.
        Płynęliśmy dziś ok. 5 godz.
 
 
21 VII 2003 r. (64°46’08N, 125°25’47E, 49 npm)
 
        Wypłynęliśmy ok. 11.00 godz. W trakcie płynięcia po prawej stronie widać było Góry Wierchojońskie. Choć nadal były one przysłonięte przez dymy tajgi. Temperatura powietrza była powyżej 30°C. Nie było żadnego wiatru. W takich warunkach atmosferycznych towarzyszyły nam ogromne ilości gzów. Konieczną zabawą stało się więc ich zabijanie podczas wiosłowania. Tną bowiem bardzo porządnie, powodując krwawiące rany. Zabijaliśmy je najczęściej poprzez wyrywanie im na żywca skrzydeł. Ból za ból, krew za krew. Człowiek w tajdze wcale nie czuje się panem stworzenia, albo jakimś wyróżnionym wśród stworzeń. Gzy tak samo tną inne zwierzęta, jak i człowieka. Tu wszystkie akademickie filozofie szybką schodzą z marzycielskich logicznych idei na twardą realność istnienia, której prawdziwość potwierdza krew lejąca się z rany.
        O godz. 17.30 zabłądziliśmy wpływając na jedną z odnóg Leny, która okazała się ślepą drogą. Na szczęście w porę się spostrzegłem i zawróciliśmy do punktu, który wprowadził nas w „maliny”. Cały incydent zajął nam dwie godziny.
        Wieczorem podpłynęła do nas motorówka. Byli to strażnicy parku krajobrazowego, który znajduje się w tym regionie Leny. Zapytałem ich o niedźwiedzie. Odpowiedzieli, że jest ich bardzo dużo, ale, że my nie powinniśmy się obawiać, bowiem o tej porze są już syte.
        Skończyliśmy kajakowanie o 2.00 w nocy. Namiot rozbiliśmy na jakiejś dzikiej wyspie. Rozpaliliśmy też na noc duże ognisko, aby nie odwiedził nas jakiś ciekawski niedźwiadek. Staramy się bowiem zawsze w miejscach wyglądających na dzikie rozpalać na noc ognisko. Zwierzęta podobno boją się ognia i z daleka wyczuwają dym z ogniska.
        Płynęliśmy dziś ok. 14 godz.
 
 
22 VII 2003 r. (65°08’11N, 124°39’48E, 41 npm)
 
        Dość późno wypłynęliśmy. Pogoda była dobra. W trakcie płynięcia dymy powoli zaczęły się zmniejszać i ilość gzów, wokół nas. Nurt rzeki był w miarę szybki. W czasie popołudniowego postoju widziałem w tajdze niedaleko brzegu bardzo dużo śladów różnych zwierząt. Było też parę śladów niedźwiedzich. Zaczęliśmy też próbować łowić ryby. Wpadłem na pomysł, aby ciągnąć za kajakiem żyłkę z przynętą- małą rybką. Niestety nic na ten sposób wędkowania nie chwyciło. Teren był bardzo dziki. Żadnych śladów ludzi. Nie widzieliśmy dziś na wodzie żadnej jednostki wodnej.
        Płynęliśmy dziś ok. 7 godz.
 
 
23 VII 2003 r. (65°44’38N, 124°18’37E, 39 npm)
 
        Rano zaczął wiać z południa dość silny wiatr. W związku z tym bardzo fajnie było pakować rzeczy do kajaków, bowiem nie było spragnionych naszej krwi żadnych komarów, gzów itp. Płynęliśmy w warunkach sztormowych. Na szczęście wiatr mieliśmy nie w twarz, ale w plecy. Fale były dość duże. Wiele wody wchodziło w czasie płynięcia do kajaków. Najgorsze były do pokonywania miejsca, w których woda „kipiała”. Miejsca te tworzyły się poprzez mieszanie się różnych prądów wodnych z wiatrem. Te sztormowe warunki mieliśmy tylko przez pierwsze cztery godziny płynięcia. Po południu wiatr zaczął powoli słabnąć i wieczorem całkowicie zanikł.
        Teren na którym przebywamy jest naprawdę dziki. W dniu dzisiejszym nie widzieliśmy żadnej jednostki wodnej.
         Płynęliśmy ok. 9 godz.
 
 
24 VII 2003 r. (66°07’43N, 123°55’33E, 37 npm)
 
        Dzień dzisiejszy był bardzo upalny. Temperatura pewnie dochodziła czasami do ok. 40° C. Powietrze było bardzo wilgotne i mało przejrzyste. Brak wiatru. W powietrzu unosiło się bardzo dużo wszelkiego rodzaju insektów: gzów, komarów i muszki. Szczególnie gzy uwzięły się na nas, atakując naszą odkrytą skórę. Co chwila trzeba było zabić ich parę, bo cięły nawet przez ubranie. Wyrywaliśmy więc od czasu do czasu jakiemuś pechowemu gzu skrzydełka, aby chociaż w ten sposób zemścić się za nasze męczarnie. Nie zrozumie pewnie nikt takiego odreagowania, kto nie był na Syberii w towarzystwie ogromnej ilości krwawych gzów. Człowiek dla gzów jest tylko pokarmem. Muchy te sprowadzają wszystkie refleksje filozoficzne o wyjątkowości człowieka we wszechświecie na właściwe miejsce. Czy też myślenie o celowości przyrody ma sens? Po co Bóg stworzył takie paskudztwa?
        Upały dnia dzisiejszego sprawiały, że dość często zanurzałem się w wodzie. Woda w rzece była bardzo ciepła. Dawała ochłodę i chwilowo zabezpieczała od wściekłych gzów. Te częste bardzo krótkie kąpiele robię już od paru dni. Są to krótkie chwile wytchnienia.
        Postanowiłem, że w dniu dzisiejszym musimy spróbować złapać jakąś rybę. Wypatrzyłem więc na popołudniowy obiadowy postój bardzo dobre do tego miejsce. Znalazłem na lewym brzegu Leny w tajdze bardzo małą rzeczkę. Na początku postawiliśmy siatkę wzdłuż rzeczki. Ja naganiałem, uderzając gałązkami o wodę, ryby do siatki. Jednak rezultaty tego były marne. W siatce były tylko dwie rybki. Potem Piotrek próbował na spinning, ale też bez rezultatu. W końcu przez przypadek dostrzegłem małe rybki, które próbowały dostać się z małej rzeczki do Leny przez bardzo płytkie ujście o szerokości może ok. 1,5 m. Zacząłem z Tomkiem łapać te ryby rękoma. W celu skuteczniejszego łapania położyliśmy belkę drewnianą w poprzek ujścia małej rzeczki. Ryby łapaliśmy czym się dało rękoma, stopami, skacząc na nie. Piotrek i ja spróbowaliśmy parę razy rzutu spinningu do Leny w miejscu, gdzie wpadała ta mała rzeczka. Niestety ryby połykające haczyk były tak silne, że sprzęt wędkarski nie wytrzymał. Mi pękła żyłka podczas holowania jakieś dużej ryby, a Piotrkowi jakaś duża ryba odgryzła cały haczyk. Na szczęście w Sangarze Mikołaj i Wania dali nam dwie rzutki, z bardzo grubymi żyłkami i porządnymi haczykami. Szybko więc przerobiliśmy je do wędkowania na te duże ryby. Odcięliśmy ołów i haczyki powiązaliśmy podwójną żyłką. Następnie zakładaliśmy przynętę na haczyk- małą rybkę i rzucaliśmy ją do Leny w miejscu gdzie wpadała do niej ta mała rzeczka. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Potężne szczupaki wyciągaliśmy co chwila na brzeg. W bardzo krótkim czasie nałapaliśmy cały worek ryby, ok. 40 kg. Dalej nie chcieliśmy łapać, bo stwierdziliśmy, że tej co jest nie zjemy szybko. Takiego wędkowania, to jeszcze nie miałem nigdy w swoim życiu.
        Nocą rozbiliśmy się na jakiejś wyspie. Postanowiliśmy, że rano obierzemy rybę, bowiem byliśmy zmęczeni a na dodatek gryzły nas miliony komarów. Baliśmy się trochę, że jakieś niedźwiedzie mogą nas odwiedzić, bowiem mają one świetny węch. Ryba zaś jest świetną przynętą, zwłaszcza kiedy zaczyna śmierdzieć. Rozpaliliśmy więc duże ognisko w miejscu naszego biwakowania. Powietrze było pomimo nocy tropikalne, bardzo wilgotne i ciężkie. Kto by uwierzył, że koło koła podbiegunowego mogą być temperatury jak w tropiku. Przydałoby się trochę zimna i wiatru.
        Płynęliśmy ok. 7 godz.
        Nocą i nad ranem wychodziłem, aby podłożyć do ogniska. Robię to zawsze, kiedy rozpalamy ognisko na noc. Zazwyczaj bez podkładania drzewo pali się ok. 3 godz. Receptura, która motywuje mnie do wychodzenia z namiotu nocą i czasami nad ranem jest zawarta w wypijaniu większej ilości napojów przed snem. To taki niezawodny naturalny budzik.
 
 
25 VII 2003 r. (66°24’27N, 123°38’54E, 28 npm)
 
       W dniu dzisiejszym od samego rana temperatura była tropikalna. Wynosiła pewnie ok. 40°C. Rano uciekliśmy z wyspy na której biwakowaliśmy z powodu dużej ilości komarów. Znaleźliśmy lepsze miejsce do obrania ryby i napchania żołądków wczoraj złapaną rybą. Smażyliśmy na ognisku potężne kawałki szczupaków i pochłanialiśmy jej kilogramy. Ja szczególnie nie byłem nasycony, jadłem i jadłem. Sam się sobie dziwiłem, że potrafię tyle zjeść. Zauważyłem też nie daleko naszego ogniska na skarpie dużo krzaków „smrodziny”- dzikich czerwonych porzeczek. Wzięliśmy się więc jak niedźwiedzie do pożerania z krzaków dzikiej czerwonej porzeczki. „Smrodzina” była świetnym urozmaiceniem smaku po rybie, jak i dodatkową dawką witamin. Po królewskiej uczcie z nowym zapałem wyruszyliśmy na dalszy podbój Leny.
       Po południu w trakcie płynięcia dostrzegłem na jednej z wysp człowieka i motorówkę. Podpłynęliśmy do niego i zaczęliśmy rozmawiać. Nieznajomy mówił, że jest Ewenkiem. W trakcie płynięcia z Żigańska do domu coś się stało z silnikiem w motorówce. Podpłynął więc na wiosłach do jakiejś najbliższej wyspy i czekał na kogoś, kto mógłby mu pomóc. Na wyspie jest już drugi dzień. Mówił, też że już spotkał przypadkowo kogoś na rzece, kto sprowadzić ma mu jakąś pomoc. Zapytaliśmy go czy nie potrzebuje jedzenia. Odpowiedział, że jeszcze trochę ma. Wyczułem jednak, że głupio jest mu bezpośrednio prosić o jedzenie. Dałem mu trochę naszych produktów spożywczych. On dał nam kilogram soli, którą zresztą bardzo potrzebowaliśmy, bowiem nasza ryba zaczynała powoli cuchnąć.
       Wieczorem znowu objadaliśmy się rybą. Kilogram za kilogramem był pochłaniany przez nasze żołądki.
        Płynęliśmy ok. 7 godz. Jutro jeśli warunki będą dobre, to być może będziemy w Żigańsku.
 
 
26 VII 2003 r. (66°35’50N, 123°30’33E, 32 npm)
 
       W dniu dzisiejszym przekroczyliśmy koło podbiegunowe. Niestety mieliśmy dość silny sztorm i plany dotarcia do Żigańska się rozwiały. Wiatr wiejący z północy prosto w twarz powodował bardzo nieciekawe do pokonywania fale. Wysokość ich w niektórych miejscach dochodziła do ok. 2 m, ale były one nieregularne i bardzo ostre, niczym pionowe ściany wody. Te kształty fal były efektem połączenia prądu rzeki z wiatrem, który wyrzucał prąd rzeczny do góry. Woda prawie kipiała i trudno było w falach znaleźć czasami jakąś regularność. Były dość trudne do pokonywania. Płynęliśmy bardzo niedaleko brzegu z prędkością ok. 2 km/h. Bardzo dużo wody weszło do środka kajaków. Szczególnie do kajaka Tomka i Piotrka. Tomek, który płynął na przednim miejscu w kajaku był całkowicie mokry od wody.
       Płynęliśmy w takich sztormowych warunkach 6 godz.
        Namiot postawiliśmy na skalnym wybrzeżu na lewym brzegu Leny. Na kolację miałem nadzieję znowu opchać się rybą, bo byłem głodny. Niestety ryba zaczęła już nieźle cuchnąć od rozkładającego się mięsa. Zjadłem więc tylko kawałek, który popiłem wódką, aby się nie zatruć. Resztę ryby z wielkim żalem wyrzuciłem do rzeki. Jutro jeśli warunki atmosferyczne pozwolą będziemy w Żigańsku.
        Człowiek w czasie wyprawy wiele myśli o różnych rzeczach, może spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Wyprawy są świetnym oderwaniem się od świata, który zostawiło się za sobą. Tu człowiek zaczyna żyć w nowej rzeczywistości.
 
 
27 VII 2003 r. (67°58’39N, 123°22’41E, 37 npm)
 
        Rano pagoda była słoneczna. Kiedy wypłynęliśmy zaczął wiać leciutki wiaterek z południa. Płynęliśmy cały czas koło lewego brzegu Leny, w którego krajobrazie od wczorajszego popołudnia pojawiły się skaliste klify. Na brzegu widać było raz po raz rozbite namioty mieszkańców Żigańska, którzy łapali ryby. Po ok. godzinie płynięcia wiatr zaczął wiać porządniej. Nie był jednak na tyle niebezpieczny, aby zaraz uciekać do brzegu. Nie chciałem zresztą płynąć blisko brzegu, bowiem musiałbym zatrzymywać się często na rozmowy z wędkarzami. Jednak i tak podpłynęła do mnie jakaś motorówka. Ludzie siedzący w niej radzili mi płynąć bliżej brzegu, bowiem zaczynało już trochę falować. Odpowiedziałem, że nie jest jeszcze tak źle, a kajak to bezpieczny sprzęt wodny na fale.
        Żigańsk jest położony na lewym brzegu Leny. W wiosce tej zrobiliśmy małe zakupy. Najgorsze, że nie mogliśmy nigdzie dostać chleba, bowiem była Niedziela. Jeden bochenek dała nam stara Jakutka, którą przypadkowo spotkaliśmy. Opowiedziała nam trochę na temat życia w Żigańsku. W całym regionie Żigańskim mieszka tylko ok. 5 tyś ludzi. Jakutka mówiła, że Żigańsk jest też ostatnim miejscem, gdzie jest obchodzone święto Yaesach w Jaukcji. Jest ono obchodzone tu 12 lipca. Jest to największe święto w kalendarzu Jakutów. Jest to święto lata, słońca. Wszyscy mieszkańcy Jakucji po nim idą w sianokosy, aby zaopatrzyć zwierzęta domowe w pokarm na zimę. Święto to jest obchodzone w różnych dniach w różnych miejscowościach Jakucji. W stolicy Jakucji obchodzi się je ok. 22 czerwca. Dzień obchodzenia wiąże się prawdopodobnie z szerokością geograficzną. Zapytałem Jakutkę jeszcze o pogodę w Żigańsku. Odpowiedziała, że zawsze tu wieją straszne wiatry. Rzadkością jest brak wiatru. Najczęściej wieją wiatry z północy. Sztormy na Lenie są bardzo niebezpieczne, każdego roku, ktoś się topi.
       Przypadkowo spotykanych ludzi na brzegu Leny pytaliśmy o turystów. Czy często spotkać ich można w tych regionach? Czy pamiętają kogoś, kto płynąłby wcześniej Leną na „bajdarkach”, lub czymś innym. Wszyscy odpowiadali, że jesteśmy pierwszymi turystami wodnymi w tych regionach. Ludzie wspominali też o niemieckich turystach, którzy pływają po Lenie prawie każdego lata, ale dodali, że oni pływają na ogromnym pasażerskim statku.
       Kiedy wyruszaliśmy z Żigańska południowy wiatr wiał już dość potężnie. Ciężko było wyruszyć z brzegu na wodę. Fale wchodziły do wnętrza kajaków, mimo wszelkich zabezpieczeń z góry. Marynarze stojący na pokładzie jakiegoś statku zakotwiczonego koło brzegu patrzyli na nas, jak na samobójców. Ten południowy sztorm był dość mocny, jak na kajaki. Miałem dużo wody w kajaku. Tomek i Piotrek pewnie jeszcze więcej. Płynęliśmy w takich warunkach ok. 4 godz.
       Następnie postanowiłem zrobić krótką przerwę. Wyprzedziłem trochę chłopaków i w oczekiwaniu na nich rozpaliłem ognisko i zagotowałem wodę na herbatę. Kiedy przypłynęli i zaczęliśmy jeść dało się zauważyć, że dym z ogniska zmienił swój kierunek. Raptownie uderzył w nas silny północny wiatr. Po ok. 2 minutach były już białe grzywy na wodzie nadchodzące z północy. Po następnych 2 minutach fale już miały wysokość ok. 2 m, a po następnych minutach ok. 3 m. Lena przypominała bardziej sztormowe morze niż rzekę. Było to spowodowane między innymi tym, że Lena w tych regionach płynie w miarę prosto, wobec czego fale mają duże możliwości, aby się rozhuśtać do morskich rozmiarów. Temperatura powietrza bardzo szybko spadła. Zrobiło się zimno. Siła wiatru była ogromna. Wiosło i poduszkę Piotrka poniósł wiatr. Trzeba było szybko za nimi gnać, aby je złapać. Na lądzie zaś rozpętała się prawdziwa burza piaskowa. Klify koło Leny są piaskowe a wiatr porywał miliony ziarenek piasku w powietrze. Widoczność była ograniczona przez fruwający piasek, który przypominał zamieć śnieżną. Kajaki wnieśliśmy bardzo daleko na brzeg, aby nie porwały je uderzające z coraz większym hukiem fale. Tu nie było już mowy o dalszym płynięciu . Namiot rozbiliśmy na jakiejś skarpie daleko od brzegu Leny, gdzie najmniej wiało.
       To, co nas zadziwiło, to raptowność zmiany pogody. Nigdy w życiu nie widziałem tak szybkiej zmiany południowego sztormu na północny. Miejscowi ludzie ostrzegali nas przed północnymi sztormami. Rzeczywiście to nie były żarty. To, co widzieliśmy, to był porządny „morski” sztorm. Wszystkie sztormy, które widzieliśmy do tej pory na tej wyprawie były niczym w porównaniu z tym.
       W nocy zaczęło błyskać i grzmieć. Potem przyszedł bardzo obfity deszcz. Wiatr targał wściekle naszym namiotem. Bałem się, że nie wytrzyma. To, co widzieliśmy, to był naprawdę imponujący żywioł. Północny sztorm- potężnie wiejący arktyczny wiatr, huk rozbijających się na brzegu trzy metrowych grzyw fal, potoki wody lejącej się z ciemnych chmur i grzmoty piorunów.
        Płynęliśmy dziś w sumie ok. 7 godz.
 
 
28 VII 2003 r.
 
        W nocy padał bardzo obfity deszcz i wiał z północy silny wiatr. Obudziłem się ok. 4.00 nad ranem z powodu zimna. Sprawdziłem pobieżnie stan namiotu. Deszcz wciąż padał, zaś pod namiotem utworzyła się rzeczka. Strumień zimnej wody płynął pod nami. To on był głównym sprawcą zimna, które mnie przenikało na wylot. I jak by tego było mało wiałwiatr z północy, a ja leżałem w namiocie dokładnie po stronie północnej. Ubrałem się więc porządnie i pod śpiwór podłożyłem worek żeglarski oraz zimową kurtkę, aby zrobić lepszą izolację od ziemi. Na wyprawę nie wzięliśmy żadnych karimat ani materaców.
        Około 6.00 nad ranem deszcz przestał padać, ale wiatr wiał jeszcze mocniej. Lena była prawie całkowicie pokryta pyłem wodnym i słychać było huk fal. To był imponujący widok. Pewnie było koło 12 w skali Beuforta. Nie było żadnej mowy o jakimś płynięciu w kajakach. Spaliśmy więc ile się dało.
        Po południu zrobiliśmy sobie obiad. Na początku wzięliśmy do gotowania wodę z Leny, ale po zrobieniu herbaty z niej czuło się w ustach więcej mułu niż herbaty. Wpadliśmy więc na pomysł wzięcia wody z deszczu, która zalegała obficie w naszych kajakach. Była ona o wiele czystsza od wody rzecznej.
        Ok. godz. 23.00 zbudziło nas dwóch Jakutów. Spaliśmy już smacznie w namiocie, kiedy usłyszeliśmy jakieś głosy na zewnątrz. Wyjrzałem z namiotu. Stali tam dwaj Jakuci. Byli ciepło ubrani z nałożonymi na siebie nawet kamizelkami ratunkowymi. Byli bardzo zdziwieni naszą obecnością tutaj, tak samo pewnie, jak my ich. Na początek poprosili nas o papierosy. Choć nikt z nas nie pali wzięliśmy je jednak na wyprawę, aby czasami móc się zrewanżować tutejszym ludziom za jakąkolwiek pomoc. Daliśmy im papierosy i zaczęliśmy rozmawiać. Mówili, że parę dni temu pojechali motorówką na ryby ok. 110 km od Żigańska na północ Leny. Zaskoczył ich jednak niespodziewanie ten północny sztorm. Zostali więc zmuszeni do nieplanowanego dłuższego biwakowania. Jeden z Jakutów mówił, że na środę ma kupiony bilet lotniczy z Żigańska do jakiejś małej wioski, w której mieszka. Wyruszył więc z kolegą brzegiem Leny, aby piechotą dojść do Żigańska. Do przejścia zostało im jeszcze ok. 40 km. Następnie opowiedziałem im o naszej ekspedycji. Ile dni już płyniemy, i że chcemy dotrzeć do Tiksi. Jakuci byli pod wrażeniem. Powiedzieli, że pierwszy raz w swoim życiu widzą takich „ekstriemałow”. Nigdy nie widzieli, ani nie słyszeli, aby ktoś w kajaku, albo innym sprzęcie wiosłowym płynął całą Lenę od ujścia aż do Tiksi. Zapytałem ich czy nie są głodni, czy nie potrzebują, jakichś produktów na dalszą drogę. Odpowiedzieli, że nie. Odnośnie sztormów z północy powiedzieli nam, że trwają one najkrócej 3 dni, jeśli nie przechodzą , to 6, 9 lub 12 dni. Pożegnaliśmy się serdecznie. Ja ruszyłem do namiotu a oni do Żigańska wśród wyjącego sztormu i chłodnego wiatru. Bardzo fajnie wyglądali, grubo ubrani w co się da. Jeden z nich niósł w ręku czajnik.
 
 
29 VII 2003 r. (67°22’57N, 123°09’29E, 27 npm)
 
       Rano nadal był sztorm. Wiatr silnie wiał i rzeka była pokryta ostrymi białymi grzywami fal.
        Ok. godz. 15.00 siła wiatru zaczęła powoli słabnąć, jednak nadal warunki nie były dobre aby wyruszyć.
       Wyruszyliśmy o godz. 19.00. Płynęliśmy bardzo blisko brzegu, bowiem nadal były duże fale i wiał silny wiatr w twarz. Poruszaliśmy się wolno, ale najważniejsze, że płynęliśmy do przodu. W trakcie płynięcia minęły nas parę razy statki na których pokładzie znajdowały się motorówki rybaków, których zaskoczył ten silny północny sztorm.
       Ok. godz. 23.00 podpłynęliśmy do brzegu, gdzie stały rozbite „pałatki”- namioty rybaków. Było nam bardzo zimno. Na brzegu rybacy Jakuci szykowali się do wyruszenia na motorówkach w celu wyjęcia sieci z wody. Gdy nas zobaczyli podeszli do nas i pomogli wyciągnąć kajaki na brzeg. Zaprosili nas na „czaj” i zupę rybną. Cały ich obóz liczył ok. 15 ludzi. „Hazjajką”- gospodarzem, dowódcą tego obozu była stara Jakutka. Namioty ich były rozbite na lewym brzegu Leny na piaskowym wybrzeżu. Lena w tym miejscu była już relatywnie wąska, miała ok. 5 km szerokości. Widać było dobrze jej drugi brzeg.
       W dużym namiocie, do którego weszliśmy stał przenośny rosyjski piecyk do gotowania. Na podłodze było mnóstwo różnorakich skór, które służyły pewnie do spania. Do namiotu weszli wszyscy Jakuci, którzy byli w obozie. Poczęstowali nas zupą rybną, która składała się mieszanki wszystkich gatunków ryb przez nich łapanych. Gorąca zupa była bardzo smaczna, do tego w namiocie było ciepło. Rozmawialiśmy na różne tematy. Jakuci oczywiście pytali nas o szczegóły naszej ekspedycji kajakowej: skąd, dokąd, ile dni już płyniemy, itp. Ja pytałem ich też o wiele rzeczy. Mówili, że biwakują tu całe lato, łapiąc cały czas rybę w sieci. Potem cześć jej sprzedają a resztę zostawiają dla siebie do jedzenia. Trzech z rybaków było nauczycielami. Pensja w szkole jest trochę mała, więc dorabiają sobie „rybałką”- łapaniem ryb. Jeden z nauczycieli opowiadał nam o historii i kulturze Jakutów. Mówił on, że Jakuci byli kiedyś dobrymi wojownikami w armii Czingis-hana. Jednak z jakiegoś nieokreślonego powodu zbuntowali się i uciekli na północ Syberii. Jako ciekawostkę nauczyciel powiedział nam, że nie było i nie ma żadnego ludu oprócz Jakutów, któryby przystosował zwierzęta domowe do życia tak daleko na surowej północy. Jakut zwrócił również uwagę, że na północy na Lenie oprócz Jakutów mieszkają także inne ludy, takie jak Ewenka czy też Ewenki. Ludy te mają swoje własne języki i religie. Obecnie jednak nastąpiło takie wymieszanie tych narodów, że trudno jest powiedzieć, kto jest kim. Zapytałem też rybaków, czy nie widzieli może wcześniej kogoś kto płynąłby jak my po Lenie na kajakach lub innej łodzi wiosłowej. Odpowiedzieli, że nie. Dodali, że jesteśmy pierwszymi „których” oni widzą. Nikogo wcześniej nie widzieli, choć łapią rybę w tym miejscu Leny już od bardzo wielu lat, przez cały sezon letni, bardzo często wyjmując sieci niezależnie od pory dnia. Jeden z rybaków wspomniał, tylko, że słyszał o wyprawie Jacka Pałkiewicza na biegun zimna. Zapytałem rybaków, gdzie można kupić chleb, bowiem w Żigańsku nie udało się nam tego zrobić. Rybacy powiedzieli nam o możliwości kupienia go ze statku, który pływa raz na dziesięć dni z Jakucka do Tiksi. Statek ten ma za parę godzin być w tych regionach. Zatrzymuje się on na drugim brzegu Leny w jakimś miejscu. Na statek ten będą oczekiwać też ludzie z wioski Kystatym. Pożegnaliśmy się serdecznie z dobrymi Jakutami i wyruszyliśmy na wodę.
       Było bardzo zimno i nadal wiał chłodny wiatr. Nie było zbyt ciemno, bowiem na szerokościach geograficznych tych regionów w ciągu lat noc jest jasna. Obraliśmy kurs nie bezpośrednio na drugi brzeg, lecz pod kontem na skalny klif, który był od nas oddalony o jakieś 15 km. W trakcie płynięcia wiatr zwiększył siłę i pojawiły się ok. 2 metrowe pionowe fale. Mimo zabezpieczeń z góry woda przelewała się przez plandeki i wchodziła do środka kajaków. Kajak Tomka i Piotrka był silnie miotany przez te niebezpieczne fale. Myślałem żeby utrwalić te chwile na kamerze, ale warunki były zbyt niebezpieczne do kręcenia, za bardzo bujało mną i za dużo wody lało się z góry. Chłopaki otrzymali niezłą dawkę adrenaliny. Piotrek parę razy pytał mnie „jak daleko jeszcze do brzegu”. Skalny klif do którego się zbliżaliśmy wydawał się być blisko, jak na wyciągnięcie dłoni. Jednak to była tylko iluzja wzrokowa. Płynąłem cały czas blisko kajaka Piotrka i Tomka eskortując ich bezpieczne przejście. Na takich falach i w takich warunkach, to jeszcze na Lenie nie pływaliśmy. Na szczęście dotarliśmy bezpiecznie na drugi brzeg.
       Poczułem w pewnym momencie zapach dymu z ogniska. Po paru minutach zaś ujrzałem trzech siedzących ludzi wokół ognia. Podpłynąłem do brzegu. Po chwili zjawili się Tomek i Piotrek. Byli bardzo zmarznięci, całkowicie mokrzy. Kajak ich był prawie do połowy zalany wodą. Dygotali z zimna. Wyciągnęliśmy kajaki na brzeg. Chłopaki szybko przebrali się w suche ciuchy, bowiem nadal wiał zimny północny wiatr. Rozbiliśmy namiot. Chłopcy szybko poszli spać. Ja poszedłem porozmawiać z Jakutami przy ognisku. Czekali oni na statek z Jakucka do Tiksi. Planowo przypływa on ok. 24.00 godz., jednak rzadko jest on na czas. Często ma on opóźnienie 12 godzinne, 24 godzinne, albo w ogóle nie przypływa z różnych powodów. Statek ten pływa tylko w krótkim sezonie letnim raz na 10 dni. Wszyscy trzej oczekujący Jakuci pochodzili z wioski Kystatym. Wioska ta leży przy jakiejś rzece, która wpada z prawej strony do Leny. Jeden z Jakutów powiedział, że jedzie za chwilę do swojej wioski motorówką, żeby się dowiedzieć, kiedy przypłynie statek. Nie wie dokładnie, kiedy wróci, będzie jednak przed przypłynięciem statku. Zaproponował mi kupno chleba w swojej wiosce. Zgodziłem się. Z pozostałymi Jakutami zrobiliśmy „czaj” i popijając go dyskutowaliśmy przy ognisku. Mówili, że w wiosce ich mieszka ok. 600 ludzi. Głównym zajęciem mieszkańców jest rybołówstwo i polowanie. Rybę, mięso i skóry ze zwierząt sprzedają w Żigańsku. Zapytałem ich o niedźwiedzie. Jeden z Jakutów opowiedział mi historię, która wydarzyła się w czasie wiosny w tym roku. Czterech ludzi z jego wioski poszło na polowanie. W czasie, gdy spali w namiocie na jakiejś wyspie, napadł na nich niedźwiedź. Dwóch myśliwych zabił, dwóm udało się uciec. Jakut jednak mówił, że najgorsze są niedźwiedzie na wiosnę, teraz są one syte nie powinny więc atakować człowieka. Zapytałem Jakutów, gdzie lepiej rozbijać namiot, aby uniknąć spotkania z niedźwiedziami na brzegu Leny, czy też na jakiejś wyspie. Jakuci odpowiedzieli, że niedźwiedzie są wszędzie. Doradzili jednak rozbijać namiot w miejscach piaskowych na brzegu i rozpalać zawsze ognisko. Niedźwiedzie mają świetny zmysł powonienia. Dym z ogniska, nie wyczuwalny dla człowieka on potrafi go wyczuć z bardzo dużej odległości. Odradzali biwakowania na wyspach, bowiem rosną tam często rośliny, które lubią niedźwiedzie. W związku z tym lepiej unikać spania na wyspach. Jakuci pytali mnie dużo na temat kajaków. Czy nie są one wywrotne, ile ważą itp. Powiedzieli, że widzą kajaki pierwszy raz w swoim życiu. Nigdy też nie widzieli, ani nie słyszeli, aby ktoś płynął Leną na jakiejś łódce wiosłowej. Mówili też, że cała ich wioska będzie teraz mówiła na nasz temat i będą pamiętać nas bardzo długo.
       Płynęliśmy dziś ok. 9 godz.
 
 
30 VII 2003 r. (67°36’37N, 123°05’59E, 22 npm)
 
        Rano wiał dość silny wiatr. Obudziliśmy się późno, bowiem ok. 14.00. Jakut przywiózł nam z wioski tylko 5 bochenków chleba. Zjedliśmy je wszystkie od razu. Wypadało bowiem poczęstować siedzących przy ognisku Jakutów, którzy nie jedli już od wielu godzin czekając na statek. Statek miał przypłynąć ok. 20.00 godz. Jego dwudziestogodzinne opóźnienie było spowodowane przez pożary tajgi w regionach Sangaru.
        Parę minut przed godziną 20.00 bardzo szybko zaczęli się pojawiać na motorówkach ludzie z wioski Kystatym. Między innymi pojawiło się pięciu chłopaków, którzy zaoferowali mi kupno skóry niedźwiedzia. Wczoraj, kiedy przypłynęliśmy z ciekawości zapytałem siedzących przy ognisku Jakutów, czy można kupić w ich wiosce skórę niedźwiedzia. Jeden z nich, który potem pojechał do wioski, aby dowiedzieć się kiedy statek przypłynie i kupić dla nas chleb powiedział mi, że on osobiście ma dwie skóry i obie może nam sprzedać za 4000 rubli (ok. 130 $ USA). Powiedziałem mu, że to drogo. Wiadomość jednak Jakut zawiózł do swojej wioski. To było powodem przypłynięcia tu pięciu chłopaków, którzy potrzebowali pieniędzy na piwo i wódkę. Chłopcy zaoferowali mi kupno skóry niedźwiedzia za 1000 rubli. Najpierw obejrzałem skórę i stwierdziłem, że zajmuje ona bardzo dużo miejsca i trochę śmierdzi, bo nie była jeszcze dobrze wysuszona. Pomyślałem, że w kajaku ciężko będzie znaleźć jakieś miejsce , aby wcisnąć skórę, a do tego potem mogą być duże kłopoty, by ją przewieść do Polski. Odpowiedziałem więc chłopakom, że pomyślę jeszcze, ale raczej nie kupię. Kiedy jednak statek znalazł się już na widnokręgu podeszli do mnie chłopcy jeszcze raz. Powiedziałem im z jakiego powodu nie chcę kupować skóry. Chłopcy jednak prawie prosili, aby ją kupić. Zaoferowali cenę 500 rubli (ok. 16 $ USA). Nie chciałem jej zbytnio kupować, ale widząc ich smutek na twarzy kupiłem. Kupiliśmy jeszcze od nich skórę renifera za 80 rubli (ok. 3 $ USA), była już trochę stara, ale dobra do spania, bowiem od ziemi ciągnie już niezły chłód. Ciekawą rzeczą jest to, że chłopacy robili całą transakcję sprzedaży z niedźwiedzią skórą po cichu. W kulturze Jakutów niedźwiedź jest zwierzęciem „świętym”. Dużo Jakutów do tej pory wierzy w wielką inteligencją tego zwierzęcia i jakąś moc „duchową”, którą posiada. Jeśli ty szanujesz i respektujesz niedźwiedzia, niedźwiedź szanuje Cię i nie zakatuje Cię. Niedźwiedzia zabija się tylko w obronie własnej i dla potrzeb leczniczych. Dlatego też niedźwiedzi na tych terenach jest dużo więcej niż ludzi. Zapytałem chłopaków gdzie i kiedy ustrzelili tego niedźwiedzia. Odpowiedzieli, że było to na wiosnę, na tym brzegu ok. 200 m. od miejsca gdzie staliśmy.
        Statek zatrzymał się ok. 30 m od brzegu. W jego kierunku pojechało ok. 10 motorówek. My też wsiedliśmy do jakiejś motorówki. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Każdy starał się załatwić swoją sprawę. Ludzie wchodzili na pokład i następnie ładowali do swoich motorówek kartony z różnymi produktami. My kupiliśmy 12 bochenków chleba. Za jeden zapłaciliśmy 30 rubli (ok. 1 $ USA). Była to najwyższa cena za jaką dotąd kupowaliśmy chleb na wyprawie.
        Ok. 23.00 wypłynęliśmy w dalsza drogę. Płynęliśmy całą noc. Nie było zbyt ciemno. Przeciskaliśmy się przez liczne wyspy, płynąc do przodu nie będąc pewni, czy nie trafimy na jakąś ogromną mieliznę. O godzinie 4.00 rozbiliśmy namiot.
         Płynęliśmy ok. 5 godz.
 
 

- strona 4 -

 

strona:  1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 

 
 

do góry

 
 
 
 
   
 
 
 Informacje o innych naszych wyprawach znajdziesz na stronie anisko.net
 
 
 Designed by IbrahimS © 2003