| |
| |
| Lena
2003 - relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko |
| |
| |
|
strona:
| |
|
|
|
 |

pobierz pamiętnik |
LENA
(3.VI – 27. VIII. 2003 r.)
Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko |
|
| |
|
- strona 5 - |
| |
| |
| 31 VII 2003 r.
(68°08’52N, 123°31’41E, 26 npm) |
| |
Wypłynęliśmy ok. godz. 15.00. Pogoda była dobra.
Parę razy zmoczył nas przelotny deszcz z chmur,
które wędrowały z południa. Spotkaliśmy w trakcie
płynięcia trzech rybaków na motorówce. Dali nam na
obiad rybę - jesiotra, z której ugotowaliśmy na
postoju bardzo smaczną zupę.
Piotrek i Tomek są już zmęczeni
wyprawą. Piotrek już od wielu dni ciągle oblicza,
kiedy dopłyniemy do Tiksi. Jednak na swój wiek
spisuje się na wyprawie bardzo dobrze. Tomek
świetnie gotuje i jest bardzo dobry w reperacji
wszelkich uszkodzeń sprzętu. Nigdy jednak nie był
tak długo poza domem.
Nurt rzeki Leny nie był w
regionach, w których dziś płynęliśmy rewelacyjny.
Myślałem, że od Żigańska nurt powinien stać się
szybszy, bowiem Lena strasznie się zwęża. Jednak
poruszaliśmy się ze średnią prędkością ok. 9 km/h
– nasze wiosłowanie ok. 7 km/h i nurt rzeki ok. 2
km/h.
Płynęliśmy ok. 8 godz. |
| |
| |
| 1 VIII 2003 r.
(68°31’43N, 123°55’50E, 13 npm) |
| |
Przez pierwszą godzinę płynięcia pogoda nam
sprzyjała. Potem przyszedł wiatr z północy, a z
nim sztorm. Nie był on jednak na tyle potężny,
abyśmy zrezygnowali z płynięcia. Ciężko było
płynąć pod wiatr huśtając się na falach.
Płynęliśmy cały czas bardzo blisko prawego brzegu
Leny, bowiem im bliżej brzegu tym wiatr i fale
były mniejsze. W krajobrazie po prawej stronie
towarzyszyła nam piaskowa klifowa ściana. Pojawiła
się ona ok. 40 km za Żigańskiem i ciągnęła się
cały czas nieustannie aż dotąd. Na lewym zaś
brzegu Leny krajobraz był płaski i porośnięty
gęstymi lasami tajgi.
W ciągu dnia minęły nas dwa statki,
które płynęły prawdopodobnie do Tiksi.
Północny wiatr i fale mieliśmy przez
cały dzień. Najgorsze fale tworzyły się w
miejscach, w których nurt rzeki przyśpieszał.
Północny wiatr podnosił nurt rzeki tworząc
nieregularne, pionowe ściany wody. Fale te były
niebezpieczne do pokonywania. Siły jednak
dzisiejszego sztormu nie można porównać do tego,
który mieliśmy za Żigańskiem. Jakuci mówili, że
tak silnego sztormu jak tamten dawno już nie
mieli. Dzisiejszy sztorm choć trudny do płynięcia
pozwalał jednak płynąć do przodu.
Płynęliśmy ok. 8 godz. |
| |
| |
| 2 VIII 2003 r.
(68°57’32N, 124°03’12E, 16 npm) |
| |
Nadal był sztorm. Siła wiatru i wielkość fal była
jednak zdecydowanie większa niż wczoraj. Płynąłem
dziś w odległości od 50 do 100 m od brzegu.
Zauważyłem bowiem, że prąd rzeki mimo wiatru i fal
był tam najkorzystniejszy do poruszania się
sprawnie w takich warunkach do przodu. Blisko
brzegu fale i wiatr były mniejsze, ale bardzo
często wytwarzał się tam nurt wsteczny. Tomek i
Piotrek płynęli bliżej brzegu. Kajak ich bowiem
był słabo zakryty od góry i szybko nabierali duże
ilości wody do środka. Fale dzisiejsze wcale nie
przypominały rzecznych, czy też jeziornych. Były
to typowe fale morskie. Największe z nich
dochodziły do ok. 2,5 m. Mimo, że kajak miałem
dobrze zakryty od góry woda i tak wdzierała się do
środka.
Po ok. 4 godz. od wypłynięcia
osiągnęliśmy wioskę Dżardżan. W wiosce tej
mieszkało tylko ok. 20 ludzi. Leżała ona nad rzeką
o tej samej nazwie co wioska, a więc Dżardżan. W
wioseczce tej poznaliśmy bardzo sympatyczną ekipę
meteorologów, którzy nas bardzo gościnnie
przyjęli. Było ich czterech. Dwóch z meteorologów
pracowało już od wielu lat w tym zawodzie.
Dżardżan nie był ich pierwszą placówką. Dwójka
pozostałych była nowicjuszami i miejsce to było
ich pierwszą placówką. Pytałem ich o szczegóły ich
pracy. Meteorolodzy mówili, że ich praca polega na
codziennym mierzeniu temperatury, ciśnienia,
prędkości wiatru itp., a następnie wysyłaniu tych
danych każdego dnia do bazy głównej, która
znajdowała się w Jakucku. Oprócz tego trudnić się
muszą rybołówstwem, polowaniem, wszelkimi
remontami stacji itp. Sami też wypiekają sobie
chleb i kucharzą. W Dżardżanie nie ma bowiem
żadnego sklepu. Statek przywozi tu latem produkty,
które muszą wystarczyć im na cały rok. To co ich
trzyma przy tej pracy, to tylko w miarę dobra
pensja, którą otrzymują na swoje konta w banku,
jak i twardy „romantyzm Syberii”. Początkowo
podpisują oni kontrakt na trzy lata. Jeśli
wytrzymają mogą pracować już w tym zawodzie tak
długo, jak sobie zażyczą. Jednak miejsca pracy,
jak i kompanów sami sobie nie wybierają. Na
terenie wschodniej Syberii jest takich
meteorologicznych stacji ok. setki. Są one
rozmieszczone w różnych miejscach. Wiele z nich
znajduje się w dziczy, gdzie „diabeł mówi
dobranoc”. Do domu na urlop jeżdżą tylko raz do
roku. Byłem pełen podziwu dla tych meteorologów.
Młodzi chłopcy na całkowitym odludziu i całkowicie
zdani na siebie. Zapytałem ich też na temat
niedźwiedzi w tym regionie. Mówili, że jest ich w
okolicy bardzo dużo. Na wiosnę jeden z głodnych po
śnie zimowym napadł na myśliwych w domku
traperskim położonym nieopodal na brzegu Leny.
Jeden z myśliwych został pożarty przez
niedźwiedzia, drugi uszedł z życiem. Na pożegnanie
meteorolodzy dali nam słoik kawioru i chleb.
Życzyli nam szczęścia. Niesamowici są ludzie na
Syberii. Gdzie w świecie można znaleźć tak
gościnnych ludzi?
Ok. 22.30 godz. niebo zrobiło się
czarne od ciemnych chmur. Weszły one na nasz kurs.
Zaczęło grzmieć i błyskać. Spadł obfity deszcz,
który zmoczył mnie doszczętnie, bowiem nie
nałożyłem niczego od deszczu. Zresztą na wypadek
deszczu miałem tylko kawałek folii budowlanej z
wyciętą w niej dziurą. Nie nałożyłem jej jednak,
bowiem służyła mi ona również do wygodnego
siedzenia w kajaku. Deszcz padał koło godziny.
Ciemne chmury, które były nad nami poskromiły
jednak na jakiś moment silny północny wiatr. Szły
bowiem z południowego-wschodu.
Namiot rozbiliśmy chyba niedaleko
traperskiej chatki, w której na wiosnę grasował
niedźwiedź zabójca. Rozpaliliśmy koło namiotu duże
ognisko. Mam jednak nadzieję, że Opatrzność Boża
czuwa nad nami.
Płynęliśmy ok. 8 godz. |
| |
| |
| 3 VIII 2003 r.
(69°17’39N, 124°36’19E, 15 npm) |
| |
Dzisiaj niedziela. Pogoda mimo wczorajszej burzy
nie zmieniła się. Nadal wiał silny północny wiatr
i trwał sztorm. Właściwie to trwa on już prawie od
tygodnia. W środę tylko mieliśmy ciszę. Było
zimno. Temperatury powietrza od Żigańska bardzo
się zmniejszyły.
Rano musiałem suszyć moje ciuchy przy
ognisku, bowiem były całkowicie mokre. Wykręciłem
je z wody, nałożyłem na siebie i stanąłem blisko
ogniska. Ciepło ciała plus ciepło ogniska dawały
najszybsze rezultaty suszenia.
Bardzo ciężko było nam płynąć pod
wiatr i na dużych falach. Poruszaliśmy się bardzo
wolno . Zresztą tylko w kajakach można było w
takich warunkach płynąć. Na innym sprzęcie
wiosłowym nie byłoby mowy o jakimkolwiek
poruszaniu się.
Wieczorem ok. 22.00 dostrzegliśmy na
brzegu rybaków. Do nich skierowaliśmy dzioby
kajaków. Byli to Jakuci. Zaprosili nas na „czaj”.
Było ich pięciu i jedna stara kobieta, która im
gotowała. Swój dom traperski mieli ok. 300 m od
brzegów Leny. Byli bardzo gościnni poczęstowali
nas chlebem i kawiorem. Jakutka chciała nawet dać
Piotrkowi skarpety, bowiem przyszedł na bosaka.
Ciężko było im objaśnić, że zostawił on buty w
kajaku. Rozmawialiśmy z nimi na różne tematy.
Wszyscy Jakuci pochodzili z wioski Siktiach.
Mówili jednak, że prawie przez cały okrągły rok
mieszkają tu w tajdze nad brzegiem Leny. Zajmują
się polowaniem i rybołówstwem. Te zajęcia są
źródłem ich utrzymania. Wszyscy ludzie z ich
wioski też się tym zajmują. Klimat jest bowiem
zbyt surowy, aby coś uprawiać, czy też hodować.
Jakuci mieli dwa ładne psy. Mówili, że są to
specjalne psy, które od lat szczenięcych były
tresowane do polowań. Znajdują one ślady zwierząt
w tajdze po węchu, kiedy myśliwy jest bezradny.
Jakuci polują i łapią rybę nawet wtedy, kiedy
temperatura wynosi -55° C. Jeśli chodzi o pogodę
mówili , że tutaj jest już jesień i wszystkiego
można się spodziewać, oprócz cichej spokojnej wody
w Lenie. Deszcz, silny wiatr, mróz, a nawet śnieg.
Na pocieszenie nas jeden z Jakutów dodał, że może
jeszcze będzie ciepło. Mówił też, że przed nami
teraz będzie najtrudniejszy odcinek do
przepłynięcia w dotychczasowej naszej podróży.
Jakuci wspomnieli też, że jesteśmy pierwszymi
turystami wodnymi, których oni widzą. O nikim
wcześniej nie słyszeli, ani nie widzieli.
Wspomnieli tylko, że na tutejszą wiosnę pięciu
młodych ludzi z Tiksi szło na nartach z Tiksi do
Jakucka. Na pożegnanie Jakuci dali nam dwa
bochenki chleba, którzy sami upiekli, słoik
kawioru i mięso z dzikiego renifera. Zapraszali
nas na polowania zimą. Potem zrobiliśmy wspólne
zdjęcie ze skórą niedźwiedzia, którego ustrzelili
niedawno. Niesamowici ludzi. Skąd u nich tyle
gościnności i dobroci?
Kiedy byłem już na wodzie żegnany
przez Jakutów czułem się wewnętrznie naładowany
dobrocią tych ludzi. Uczucie to zawsze powraca po
doświadczeniu dobroci od Ludzi Syberii. Czym jest
piękno przyrody wobec piękna wewnętrznego
człowieka? Ci ludzie chociaż nie nazywali się
chrześcijanami mieli jednak wielkie serca
chrześcijańskie. Pomyślałem tak, - gdyby ktoś miał
rozpoznać chrześcijan tylko po czynach a nie
słowach, to pewnie stwierdziłby, że ludzie Ci są
prawdziwymi chrześcijanami. Czy nasze Zachodnie
Chrześcijaństwo nie jest skażone przez różne
egoistyczne systemy kulturowe, które bardzo mało
wspólnego mają z prawdziwym duchem
chrześcijańskim? Egoistyczna pogoń za pieniądzem,
własna przyjemność, brak wrażliwości i otwartości
na drugiego człowieka, zamykanie się tylko na
własny świat...itp. Czy w „chrześcijańskiej”
Ameryce, Europie doświadczyłbym tyle dobroci i
gościnności jak u tych ludzi na Syberii?
Płynęliśmy ok. 9 godz. |
| |
| |
| 4 VIII 2003 r.
(69°27’30N, 124°53’02E, 12 npm) |
| |
Rano nadal pogoda była nieciekawa, wciąż trwał
sztorm. Bardzo silnie wiał chłodny wiatr, fale
były duże. Pomimo takich warunków słońce świeciło
na w miarę błękitnym niebie. Arktyka jest
nieprzewidywalna.
Pierwsze godziny poruszaliśmy się z
prędkością ok. 3 km/h. Rzeka była pokryta białymi
grzywami fal. Niektóre fale w odległości ok. 200 m
od brzegu po silnym szkwale osiągały wysokość ok.
3 m. Parę razy celowo wypływałem dalej od brzegu,
aby przypatrzyć się z bliska tym falom. Były one
bardzo ostre. Wyglądało to tak jakby ściana wody
leciała na człowieka. Przez kajak przelewała się
woda i próbowała wcisnąć się do jego wnętrza,
niekiedy nawet z dobrym skutkiem. Płynęliśmy w
takich warunkach ok. 6 godz. Na miejsce postoju
wybrałem brzeg małej rzeczki, która wpadała do
Leny. Miejsce to było dobre do połapania ryb i
nabrania w miarę czystej wody do picia. Byliśmy
głodni, jak wilki. Na początku zaczęliśmy gotować
na ognisku w garnku mięso z renifera, które
wczoraj dali nam Jakuci. Jednak pomimo długiego
gotowania mięso to było sprężyste jak guma więc
postawiliśmy też na rzece siatkę na ryby
oczywiście dalej gotując mięso renifera, które już
trochę zaczynało nadawać się do spożycia. Niestety
Tomek dodał do garnka z mięsem za dużo soli.
Trochę się „wkurzyłem” pod wpływem mego
rozdrażnionego żołądka, bo wiadomo, że jak Polak
głodny to zły. Poszedłem więc natychmiast wyjąć
siatkę. Na szczęście był w niej szczupak.
Opatroszyłem go i usmażyłem na ognisku w tempie
ekspresowym.
Postanowiliśmy, że w miejscu tym
będziemy nocować. Byliśmy jakoś zmęczeni trudami
dnia dzisiejszego, a do tego była szansa złapania
świeżej ryby na jutrzejsze śniadanko.
W nocy pogoda się polepszyła. Sztorm zaczął
cichnąć.
Płynęliśmy w dniu dzisiejszym ok. 6
godz. |
| |
| |
| 5 VIII 2003 r.
(69°55’26N, 125°30’03E, 5 npm) |
| |
Rano koło naszego namiotu było słychać odgłosy
kroków dużego zwierzęcia. Pewnie jakiś niedźwiedź
chciał się wprosić na śniadanie. Wystrzeliliśmy
parę strzałów z naszego maleńkiego pistolecika
straszaka.
Kiedy rano gotowaliśmy sobie przy ognisku
śniadanie przyjechało dwóch chłopaków na
motorówce, aby wyciągać swoje sieci z rybą. Jedna
z ich była postawiona niedaleko od naszej z tym,
że była prawie pięciokrotnie większa niż nasza. Po
wybraniu ryb podpłynęli do nas. Zaprosiłem ich na
„czaj”, ale pewnie, jak zobaczyli w jakich
warunkach higienicznych jest on przygotowywany, to
się rozmyślili. Porozmawialiśmy chwileczką. Na
pożegnanie Jakuci chcieli dać nam trochę ryby,
którą niedawno wyciągnęli. Były to głównie ogromne
jesiotry. Odpowiedziałem, że nie ma takiej
potrzeby, bowiem my też postawiliśmy sieć. Dali
nam więc symbolicznie jednego jesiotra.
Wyciągnęliśmy naszą sieć. Było w niej parę
ryb: szczupak, jesiotr i duży okoń. Nie był to
duży połów, ale wystarczający, aby dobrze zapchać
na śniadanie nasze żołądki.
Pogoda była tropikalna. Temperatury
pewnie koło 30° C. Nie było żadnego wiatru. W
trakcie płynięcia parę razy musiałem z powodu
gorąca zanurzać się w Lenie. Przed wioską Siktiach
podpłynęli do nas na motorówkach rybacy.
Zapraszali nas na brzeg na „czaj”. Szkoda jednak
było marnować takich bez sztormowych warunków na
Lenie. Rybacy opowiadali nam o jakimś Polaku
zesłańcu, który żył w ich wiosce. Nazywał się
Giermacki. Został zesłany w te regiony po II
wojnie światowej. Miał on bardzo dobrą opinię
wśród tutejszych ludzi. Umarł w ich wiosce
Siktiach. Córka jego wyemigrowała do Polski.
Rybacy mówili też, że jesteśmy pierwszymi
turystami, którzy płyną kajakami po Lenie. Nikogo
wcześniej przed nami nie widzieli , ani o nikim
nie słyszeli.
Do wioski Siktiach nie popłynęliśmy z paru
względów. Przede wszystkim była już godz. 24.00. W
wiosce nie było żadnego sklepu. Dużo więc czasu
zajęłoby nam znalezienie jakiejś osoby od której
moglibyśmy kupić parę bochenków chleba. Poza tym
od tej wioski zaczyna się na Lenie strefa
przygraniczna. Baliśmy się więc spotkać kogoś z
władz, kto mógłby nas skontrolować i odkryć, że
nie mamy specjalnych wiz, aby tu przebywać.
Po minięciu wioski Siktiach bardzo
źle się poczułem. Zaczęło mnie strasznie mdlić i
zrobiło mi się bardzo zimno. Pierwszy raz w moim
życiu zacząłem dygotać zębami i mieć drgawki
całego ciała. Mimo, że nałożyłem wszystkie ciuchy
na siebie nadal było mi zimno i drgałem.
Wiedziałem, że coś ze mną nie tak. Mimo to
starałem się płynąć do przodu. Prawdopodobnie
miałem jakieś silne zatrucie, bowiem mdlił mnie
strasznie tłusty jesiotr, którego dziś zjadłem.
Zresztą od samego wypłynięcia w dniu dzisiejszym
odczuwałem mdłości. W czasie płynięcia celowo, aby
je zwalczyć wypiłem też trochę alkoholu. Teraz
jednak to miałem apogeum. Tak silnego zatrucia to
ja jeszcze ni miałem w życiu. W pewnym momencie
zrezygnowałem z dalszego płynięcia. Z trudem
dowiosłowałem do brzegu. Chłopaki wyciągnęli mój
kajak z wody i rozbili namiot.
Płynęliśmy ok. 9 godz. |
| |
| |
| 6 VIII 2003 r.
(70°26’03N, 125°46’03E, 11 npm) |
| |
Powietrze rano było parne. Byłem strasznie
osłabiony po wczorajszym zatruciu. Wszystkie
mięśnie i stawy mnie bolały, brak było w
organizmie energii. Wbrew swemu ciału powiedziałem
chłopakom, że się zbieramy i wypływamy. Bardzo
ciężko mi się płynęło. Do tego komary zaczęły
ostro ciąć.
Wieczorem podpłynęli do nas rybacy.
Porozmawialiśmy chwilkę. Mieszkali oni ok. 60 km
od wioski Siktiach w samotnym domku na lewym
brzegu Leny. Zapraszali nas do siebie na „czaj”.
Odmówiłem jednak, bowiem musielibyśmy cofać się
ok. 1,5 km , a nurt rzeki w tym miejscu był silny.
Zapytałem ich, jak daleko muszą chodzić ze swego
domu na polowania? Odpowiedzieli, że bardzo
blisko, ok. 1 km. Parę dni temu zastrzelili koło
swego domu dwa niedźwiedzie. Na pożegnanie rybacy
dali nam trzy ryby- omule. Omule są endemitami,
żyją tylko w dwóch miejscach na świecie, tu na
Lenie i w jeziorze Bajkał. Różnią się one tylko
rozmiarami- leńskie omule są o wiele większe niż
bajkalskie.
W krajobrazie na lewym brzegu Leny
pojawiły się przepiękne klify, zaś na prawym
zniknęły. Namiot rozbiliśmy przy pięknych skałach.
Piotrek i Tomek obrali omule i wyciągnęli ikrę. Ja
położyłem się szybko spać.
Płynęliśmy ok. 8 godz. |
| |
| |
| 7 VIII 2003 r.
(70°31’17N, 127°02’10E, 0 npm) |
| |
Pogoda była bardzo dobra do płynięcia. Wiał
leciutki wiatr w plecy i nurt rzeki był dobry. Po
ok. 2 godz. płynięcia ujrzeliśmy w oddali dość
wysokie góry.
Lena w tych miejscach, gdzie się
teraz znajdowaliśmy była relatywnie wąska. Miała
ok. 4 km szerokości. Skalne klify nadal ciągnęły
się na jej lewym brzegu. Rzeczą uderzającą w
krajobrazie Leny były coraz rzadziej rosnące koło
jej brzegów drzewa i do tego coraz mniejszych
rozmiarów. Tajga powoli zanikała.
Wieczorem, kiedy płynęliśmy pojawiła
się przed nami na widnokręgu ciemna chmura.
Pomimo, że szła prosto na nas płynęliśmy. Nagle
ujrzeliśmy, że ktoś do nas macha rękoma z
traperskiej chaty, która stała na prawym brzegu
Leny. Podpłynęliśmy do brzegu i ruszyliśmy w
kierunku domu, który leżał na wzgórzu. Przywitał
nas Jakut z dwójką swoich dzieci. Zaprosili nas na
„czaj” i poczęstowali zupą rybną, chlebem i ikrą.
Opowiedzieliśmy im trochę o naszej wyprawie. Jakut
powiedział, że parę lat temu był w tych regionach
także jeden Polak na pontonie oblepionym
naklejkami. Wiedzieliśmy na 100%, że chodzi o
Romana Koperskiego. Zaczęliśmy Jakuta pytać o
szczegóły, bowiem była to pierwsza przypadkowo
odkryta osoba, dzięki której mogliśmy coś więcej
dowiedzieć się o tej „zagadkowej” wyprawie.
Wiedzieliśmy już z własnego doświadczenia , że
pontonem na wiosłach nie jest możliwe
przepłynięcie Leny. Do tego świadectwa spotkanych
przez nas przypadkowo na Lenie ludzi potwierdzały,
że nikt nie płynął tą rzeką w pontonie. Byliśmy
bardzo ciekawi co powie nam Jakut. Jakut
powiedział, że Polak, jeździł tu swoją łódką w
górę i w dół rzeki i robił zdjęcia w tym regionie.
Zapytałem, czy Polak poruszał się swoją łodzią za
pomocą wioseł? Jakut wybuchnął śmiechem.
Odpowiedział, że Polak miał ogromny silnik
prawdopodobnie firmy „Yamaha” przyczepiony do
pontonu. Ponton jego aktualnie jest na „daczi”
pewnego kapitana w Jakucku. Jakut mówił, że Polak
ten znał bardzo dobrze kapitana statku, który
kursuje z Jakucka w te regiony. Kapitanowi temu
prawdopodobnie obiecał i oddał mu swój ponton.
Aktualnie zaś ten ponton ma trafić w moje ręce-
powiedział Jakut. Syn kapitana, który przejął
kapitaństwo statku po swoim ojcu obiecał Jakutowi
dostarczyć ten ponton. Powiedziałem Jakutowi, że
tym Polakiem był Roman Koperski i że napisał on
książkę o tej wyprawie. W książce zaś napisał, że
przepłynął on całą Lenę w pontonie na wiosłach i
do tego bez pieniędzy. Jakut wybuchnął głośnym
śmiechem. Powoli więc zagadka wyprawy pontonowej
Romana Koperskiego coraz bardziej się wyjaśniała.
Piotrek, Tomek i ja byliśmy „wkurzeni” na
tego medialnego polskiego podróżnika, który okazał
się kłamcą i oszustem. My tu walczymy na Lenie o
każdy metr, zmagamy się ze sztormami i tajgą,
padając ze zmęczenia. W upale i chłodzie,
wielokrotnie głodni, wychudzeni co najmniej po 10
kg. W brudzie, pocie i chłodzie. A ten wielki
podróżnik z silnikiem „Yamaha” i papierosem w buzi
okłamuje całą Polskę, że przepłynął całą Lenę w
pontonie na wiosłach i bez pieniędzy. Szlak
człowieka trafia. Mamy jednak nadzieję, że
kłamstwo to szybko wyjdzie na jaw.
Jakut dał nam na pożegnanie puszkę
kawioru z jesiotra. Powiedział, że jesteśmy
pierwszymi ludźmi, którzy za pomocą siły własnych
mięśni płyną Lenę.
Płynęliśmy dziś ok. 8 godz. Do
Kisjura zostało nam już nie dużo kilometrów. |
| |
| |
| 8 VIII 2003 r.
(70°53’03N, 127°30’59E, 10 npm) |
| |
Pogoda rano była paskudna. Padał deszcz. Jednak
kiedy zaczęliśmy pakować się do wypłynięcia
zaczęło się powoli rozpogadzać.
Mieliśmy wiatr w plecy. Po ok. 1
godz. płynięcia dostrzegliśmy w oddali Kisjur.
Wioska ta była położona na prawym brzegu Leny w
przepięknej scenerii majestatycznych gór
rozciągających się za nią. W Kisjurze chcieliśmy
kupić dużo bochenków chleba.
Po przypłynięciu do wioski
zgromadziło się wokół nas jak zwykle trochę ludzi.
Wypytali nas skąd, dokąd płyniemy, ile dni itp.
Jeden z Jakutów, który miał na imię Władimir
zaproponował, że zaprowadzi nas do „magazynu”-
sklepu. Ja z Piotrkiem poszliśmy z Władimirem.
Tomek zaś został, aby pilnować kajaków. W trakcie
robienia zakupów, po obejściu paru „magazynów”
okazało się, że nie ma w wiosce dużo chleba.
Kupiliśmy tylko 5 bochenków. Piotrek z chlebem i
słodyczami wrócił do kajaków. Ja z Władimirem
poszliśmy szukać jeszcze chleba jeszcze w innych
„magazynach”. Panorama wioski Kisjur była dość
ciekawa. Domy były zbudowane w bardzo niedalekiej
odległości od siebie. Wszędzie było bardzo dużo
błota i drewnianych kładek- pomostów. Bardzo dużo
było też psów, które wyglądem przypominały
bardziej wilki niż normalne psy. Władimir mówił,
że do niedawna zabijano psy dla jedzenia i skóry.
Aktualnie powstał przesąd, że osoba, która zabija
psa musi szybko umrzeć. Z tego powodu nie zabija
się psów. Pomimo odwiedzenia kolejnych „magazynów”
chleba nie kupiłem.
W trakcie wracania do kajaków
Władimir pokazał mi ich dom kultury. Weszliśmy do
środka tego budynku. Dyrektorka domu kultury
oprowadziła mnie po prawie wszystkich
pomieszczeniach. Byłem naprawdę mile zaskoczony
istnieniem teatru na takim odludziu. W bibliotece
otrzymałem od pracującej tam starszej pani na
prezent książkę o roślinach leczniczych Jakucji.
Bibliotekarka mówiła z dumą o swoim polskim
pochodzeniu. Jej pradziadowie trafili tu na zsyłkę
po Powstaniu Styczniowym w 1863 r. Ona sama
nazywała się Czarnecka. Opowiadała też trochę o
Polaku, który trafił tu na zsyłkę w 1941 r. Był to
ten sam Polak, którego wspominali nam wcześniej
rybacy spotkani koło wioski Siktiach. Nazywał się
Giermacki. Umarł w wiosce Siktiach. Wielokrotnie
próbował on bezskutecznie przedostać się do
Polski. U Jakutów człowiek ten cieszył się dużym
poważaniem. Sadził on kartofle wokół swego domu.
Poślubił Jakutkę. W trakcie jakiejś zarazy, kiedy
umarło dużo dzieci w wiosce, jego mała córka
przeżyła. Wymyślił on bowiem jakieś lekarstwo na
tę chorobę. Żył na początku w Kisjurze. Po
spłonięciu jednak budynku, w którym pracował
posądzono go o podpalenie. Za karę został
przesiedlony do wioski Siktiach. Córka jego z
dziećmi wyemigrowała do Polski.
Po zwiedzeniu domu kultury Władimir
pokazał mi tutejszy wioskowy „Bajkał”. Była to
nieduża sadzawka przy Lenie. Na brzegu „Bajkału”
rosło nieduże drzewko, pod które należało wrzucić
parę kopiejek na szczęście. Władimir mówił, że
bardzo dawno temu Jakuci mieszkali nad Bajkałem.
Jednak z powodu najazdów Buriatów byli zmuszeni
uciekać na północ. Nazwa Bajkał w języku Jakutów
oznacza bogate, obfite jezioro.
W czasie wracania na brzeg do kajaków
zapytałem Władimira o jego rodzinę. Odpowiedział
mi, że ma 36 lat, żonę i sześcioro dzieci- trójkę
chłopców i trójkę dziewczyn. By zapewnić im byt
musi on bardzo dużo polować i łapać ryb. Władimir
mówił, że rybę sprzedaje on po ok. 10 rubli (ok.
33 centy USA) za kilogram kupcom, którzy
przyjeżdżają tu zimą samochodami aż z Jakucka.
Zimą Lena jest zamarznięta i jest wtedy jedyną
drogą lądową w te regiony. Najbardziej jednak
dochodowym towarem tu jest wódka. Najtańsza wódka
w „magazynie” kosztuje ok. 100 rubli (ok. 3,5 $
USA). Jednak w obszarach poza wioską, w których
ludzie mieszkają cena jej waha się od 200 do 400
rubli (ok. 14 $). Władimir mówił jednak, że on sam
już od sześciu lat nie pije. Bardzo dużo ludzi
każdego roku umiera z przepicia. Wódka doprowadza
też do kłótni, które kończą się bardzo często
walką na noże.
Kiedy doszliśmy na brzeg do kajaków
Władimir pokazał mi stojące blaszane małe budki na
brzegu Leny przy wiosce. Budki takie widzieliśmy
prawie w każdej wiosce przez, którą
przepływaliśmy. Władimir mówił, że jeszcze w
latach osiemdziesiątych takich budek tu nie było.
Powodem ich pojawienia się były kradzieże z
brzegów motorów, sieci itp. Wcześniej nie było
złodziejstwa w tych regionach. Ludzie mogli
wszystko bezpiecznie zostawiać na brzegu. Władimir
wspomniał o niedawnej kradzieży jakichś samochodów
z wioski Siktiach. Zapytałem Władimira o ilość
policjantów w tych regionach. Odpowiedział, że
jest tylko jeden na przestrzeni 500 km². Wcześniej
przed „pierestrojką” za każdą kradzież zabierano
do więzienia za kratki. Aktualnie idzie się do
więzienia tylko za grubsze przestępstwa, jak np.
morderstwo. Ludzie sami we własnym gronie
wymierzają sprawiedliwość.
Zapytałem Władimira i stojących na
brzegu rybaków, czy może coś wiedzą na temat
wyprawy pontonowej pewnego Polaka, który miał
płynąć Leną w 1988 r. Nikt nic nie wiedział na ten
temat.
Po pożegnaniu się ruszyliśmy dalej na
Lenę. Popłynęliśmy ok. 2 km za wioskę i zjedliśmy
rybę, którą Tomek dostał w Kisjurze od jakiegoś
rybaka.
Wieczorem w trakcie płynięcia widoki
były niesamowite. Piękne dzikie góry i wijąca się
między nimi Lena. Rzeka w tych regionach była
przepiękna.
Płynęliśmy dziś ok. 7 godz. |
| |
| |
| 9 VIII 2003 r.
(71°01’25N, 127°36’37E, 6 npm) |
| |
Rano pogoda była wietrzna i rześka. Słońce
świeciło prawie na bezchmurnym niebie. W trakcie
płynięcia wyłaniały się przed nami przecudne
krajobrazy. Przepiękne wysokie góry schodzące aż
do brzegów Leny. Jednak niedługo było nam dane
rozkoszować się pięknymi widokami. Wkrótce
przyszedł bardzo silny wiatr. Siła jego z każdą
minutą stawała się coraz bardziej większa.
Płynęliśmy z uporem bardzo blisko brzegu do
przodu. W końcu doszło do tego, że do brzegu,
który był oddalony od nas o ok. 30 m. musieliśmy
dopływać aż ponad 10 min. Był to północny wiatr.
Na brzegu trochę zjedliśmy. Mieliśmy cichą
nadzieję, że być może zaraz wiatr ten osłabnie.
Niestety wiatr się nie zmniejszał. W miejscu gdzie
staliśmy na brzegu nie było żadnego dobrego
miejsca na rozbicie namiotu. Postanowiliśmy więc
pomimo silnego wiatru postarać się popłynąć
jeszcze trochę do przodu, aby znaleźć jakieś dobre
miejsce na biwakowanie. Odległość ok. 1 km
płynęliśmy ponad godzinę bardzo silnie wiosłując.
W końcu znaleźliśmy jakieś miejsce, które wydawało
się być dobre.
Wyciągając rzeczy z kajaków
musieliśmy bardzo uważać, aby wiatr ich nie
porwał. Wiatr miał w porywach taką siłę, że worek
żeglarski ok. 40 kg. turlał po ziemi jak chciał.
Nawet kajaki wyciągnięte z wody daleko od brzegu
były przemieszczane przez ten wiatr, pomimo, że
było w nich dużo rzeczy. Położyliśmy oba kajaki na
ziemi opierając je o siebie burtami.
Zabezpieczaliśmy je też dużymi kamieniami. Namiot
rozbiliśmy daleko na brzegu koło góry, gdzie siła
wiatru wydawała się być najmniejsza. Siła tego
sztormu była imponująca. Pył wodny był podrywany z
rzeki na wysokość ok. 100 m. Wyglądało to tak
jakby to dym unosi się z „palącej” wody. Bardzo
często tworzyły się nad wodą trąby powietrza,
które wściekle nad nią wirowały. W oddali dwa
statki schowały się za ścianą góry skalnej, także
nie ryzykując płynięcia w takich warunkach. Siła
wiatru była w porywach na pewno dużo powyżej 100
km/h. Małe kamienie na brzegu były podrywane przez
wiatr w powietrze. Porywy wiatru zmieniały też co
chwilę swój kierunek. Było to spowodowane
otaczającymi nas górami. Tak niesamowite zjawisko
przyrodnicze widziałem po raz pierwszy w życiu.
Mamy nadzieję, że być może jutro ten
potężny sztorm zmniejszy swą siłę, bowiem powoli
kończą się nam produkty żywnościowe, a do Tiksi
jeszcze daleko.
Płynęliśmy dziś ok. 4 godz. |
| |
| |
| 10 VIII 2003 r.
|
| |
Nocą dwa razy wychodziłem, aby wzmocnić tropik
namiotu. Sztorm zwiększał swą siłę. Rano urwał się
od namiotu jeden z jego naciągaczy. Wiatr targał
namiotem bardzo silnie. Piotrek wybrał się do
statku, który stał w oddali przy skalnej ścianie,
także wciąż oczekując na przejście sztormu.
Powiedziałem Piotrkowi aby załatwił, jak się da
parę bochenków chleba. Po ok. 1,5 godz. podpłynęła
do nas motorówka z trzema ludźmi. Ubrani byli
ciepło i nałożone mieli na siebie kamizelki
ratunkowe. Szli w kierunku naszego namiotu.
Rozpoznałem wśród nich Piotrka. Zaprosiłem ich na
„czaj”. Był to bosman jednego ze statków, które
stały przy skale i jego pomocnik. Dali nam 6
bochenków chleba, 3 konserwy mięsne, 2 kg. cukru,
3 słodzone mleczka zagęszczane i ok. 3 kg. mięsa z
renifera. Chciałem im zapłacić za te produkty. Nie
chcieli oni jednak za to przyjąć żadnych
pieniędzy. Mówili, że ich statek jest pasażerski i
pływa na trasie Kisjur – Tiksi i z powrotem.
Powiedzieli nam też o możliwości dopłynięcia do
Tiksi przez Zatokę Niejełowo. Odradzali nam
płynięcie do Tiksi przez Morze Laptieva. Droga ta
jest dłuższa i o wiele niebezpieczniejsza z powodu
częstych sztormów. Marynarze poinformowali nas
również, że w Tiksi jest bardzo dużo wojska i bez
specjalnych wiz będziemy na pewno szybko
aresztowani. W trakcie naszej rozmowy pomocnik
bosmana zauważył, że ich motorówka odpływa od
brzegu. Ruszył on więc nagle, aby ją ratować.
Widząc co się dziej krzyknąłem do Tomka, aby dał
mi wiosło od kajaka. Nie czekałem jednak, kiedy
Tomek mi je dostarczy. Szybko wystartowałem w
kierunku odpływającej motorówki. Do brzegu było
ok. 250 m. Wyprzedziłem pomocnika bosmana i
wbiegłem do wody. Woda na szczęście nie była
jeszcze zbyt głęboka. W ostatnim momencie rzuciłem
się na końcówkę linki, która była przymocowana do
motorówki. Motorówka była uratowana.
Wracając do ogniska zauważyłem
zwalony namiot. Byłem pewny, że coś w nim pękło.
Kazałem Piotrkowi i Tomkowi wyjmować i sprawdzać
rurki od masztu. Przeczucia moje szybko się
sprawdziły. Jedna z rurek od masztu nie wytrzymała
siły wiatru i pękła. Porwał się też drugi
naciągacz od namiotu. Byłem trochę „wkurzony”.
Bosman i pomocnik bosmana wypili szybko „czaj” i
poszli do motorówki. Pożegnałem ich podziękowałem
jeszcze raz za produkty i wróciłem do chłopaków.
Szybko obmyśliliśmy możliwość jakiejś naprawy
namiotu. Obkleiliśmy połamaną rurkę grubą taśmą
samo-klejącą wraz z wzmacniającymi jej konstrukcje
paroma śledziami od namiotu, które wcześniej
wyprostowaliśmy. Następnie zabraliśmy się do
znalezienie w pobliżu nas jakiegoś mniej
wietrznego miejsca na rozbicie namiotu.
Znaleźliśmy takie miejsce wewnątrz kotlinki przy
ścianie, która zasłaniała wszystkie północne
wiatry, jednak nie zasłaniała od wiatrów wiejących
z kotliny, które potrafiły również od czasu do
czasu potężnie huczeć. Namiotu jednak od razu nie
rozbijaliśmy, bowiem baliśmy się, że jakiś silny
poryw wiatru znowu może coś w nim połamać.
Wieczorem cała rzeka była pokryta
pyłem wodnym unoszącym się na wysokość ok. 100 m.
Był, to niesamowity widok. Woda parowała od
silnego wiatru. W namiocie w czasie większych
porywów wiatru wszyscy podpieraliśmy rękoma i
nogami rurki od masztu, aby nic nie popękało.
Wiatr przeraźliwie huczał.
Czekamy na zmianę pogody. Północna
Lena począwszy od Żigańska jest naprawdę bardzo
wietrzna i sztormowa. |
| |
| |
| 11 VIII 2003 r. |
| |
Nadal trwał sztorm. Niebo całe było zachmurzone.
Wiatr nadal bardzo silnie wiał. Było zimno. Prawie
całą noc spaliśmy a jednocześnie wsłuchiwaliśmy
się w większe porywy wiatru. Kiedy uderzał w
namiot trzymaliśmy rękoma i nogami za rurki od
masztu, aby nie popękały. Rano sytuacja się nie
zmieniła. W ciągu dnia nie zostawialiśmy pustego
namiotu. Zawsze, ktoś musiał w nim być, aby
czuwać. Dwa statki nadal stały zakotwiczone przy
skalnej ścianie góry, która osłaniała ich od
silniejszego wiatru.
Po południu zrobiłem z Piotrkiem małą
wycieczkę górską. Zdobyliśmy szczyt najbliżej nas
położonej góry. Widoki były niesamowite.
Zrobiliśmy więc trochę zdjęć fotograficznych. Na
samym wierzchołku wiatr tak potężnie wiał, że nie
można było ustać na nogach. Bałem się że może on
zwiać, któregoś z nas w jakąś przepaść. Widoki
jednak były zapierające dech.
Mamy już wszyscy dość tego sztormu i
czekamy z niecierpliwością na zmianę pogody. Jak
dobrze byłoby jutro wreszcie wypłynąć. Tak niedużo
kilometrów do celu, a nic nie można zrobić, oprócz
modlitwy o lepszą pogodę. |
| |
| |
| 12 VIII 2003 r.
(71°16’58N, 127°19’11E, 21 npm) |
| |
W nocy porywy wiatru były bardzo silne.
Wielokrotnie musieliśmy podpierać rurki od masztu
namiotu. Wiatr przeraźliwie huczał. Ok. 3.00 nad
ranem przyszło dużo ciemnych chmur. Zaczął padać
deszcz. W oddali słychać było grzmoty piorunów.
Nad ranem wiatr jakby trochę przycichł.
Wiał nadal, ale jego porywy nie były już takie
mocne jak wczoraj. Zdecydowałem, że czas stąd
uciekać. Miejsce, gdzie się znajdowaliśmy było
fatalne dla naszego uszkodzonego już zresztą
namiotu, bowiem spotykały się tu dwa wiatry. Jeden
wiejący z północy rzeki i drugi wiejący z kotliny.
Tworzyły one niezłe mieszanki wybuchowe, łącznie z
trąbami powietrznymi.
Mimo deszczowej sztormowej pogody
ruszyliśmy na wodę. Płynęliśmy ok. 4 m od brzegu.
Było bardzo ciężko. Moja technika wiosłowania
polegała na tym, że kiedy wiatr nie szkwalił
wiosłowałem z całych sił do przodu bardzo szybko,
kiedy zaś przychodził silny szkwał kuliłem się w
kajaku, jak najniżej i starałem się nie stracić
zdobytych metrów. Porywy wiatru były jednak tak
silne, że w ciągu sekundy potrafił zepchać kajak
10 m do tyłu. Minęliśmy wkrótce jeden ze statków,
który nadal stał zakotwiczony przy skale nie
ryzykując wypłynięcia. Drugi zaś wypłynął parę
godzin temu. Wiatr był bardzo zimny. Ręce
drętwiały strasznie od mrozu. Mimo rękawic, czapek
i wielu ciuchów na sobie wciąż było zimno.
Po ok. 4,5 godz. płynięcia ujrzeliśmy
po prawej stronie traperski domek. Był on
zbudowany na małym wzniesieniu koło rzeki, która
wrzucała swe wody do Leny. Na brzegu była
motorówka, co świadczyło o tym, że są w nim
ludzie. Byliśmy bardzo zmarznięci, mokrzy i w tym
momencie marzyliśmy tylko o tym, aby się gdzieś na
chwilę ogrzać. W domu zostaliśmy przyjęci przez
dziadka i babcię. Poczęstowali nas najlepszym
jedzeniem, które posiadali. Mówili, że pochodzą z
Kisjura, a tu „rybaczą”- łapią ryby. W ciągu
sezonu letniego łapią oni ok. 1,5 tony ryby, zaś w
ciągu zimy ok. 5 ton. Rybę sprzedają a za
pieniądze, które otrzymują utrzymują siebie i
pomagają swoim dzieciom. Cena ryby waha się od 10
rubli (ok. 33 centy USA) do 18 rubli (ok. 65 centy
USA) za kilogram. Mówili, że słyszeli przez
radiostacje, że w Tiksi pada śnieg i jest sztorm.
Temperatura powietrza wynosi ok. 10° C w dzień i
3° w nocy. Radiostacja ich był zasilana z
akumulatora na kolbkę. Na dalszą drogę dali nam
trochę jedzenia i specjalne zapałki, które służą
do rozpalania ogniska nawet przy silnych wiatrach.
Mieliśmy, co prawda zapałek bardzo dużo. Jednak
dziadek chciał usilnie, żebyśmy je wzięli. Mówił,
że sprawa rozpalenia ogniska w tych regionach
często decyduje o życiu i śmierci. Dziadek i
babcia odprowadzili nas na brzeg do naszych
kajaków. Przyglądali się naszemu sprzętu wodnemu.
Powiedzieli, że w ich regionach myśliwi, kiedyś a
nawet niektórzy do dziś używają podobnych łódek do
polowań. Nazywają się one w jakuckim języku „ty”.
Radzili nam na nocleg zatrzymać się w ich domku
traperskim przy Lenie, który znajduje się ok. 10
km stąd. Poinformowali jednak, że bardzo trudno go
znaleźć, bowiem jest on prawie niewidoczny z
brzegów rzeki. Serdecznie się pożegnaliśmy z
życzliwymi ludźmi, podziękowaliśmy za ich dobroć i
ruszyliśmy w dalszy rejs.
Było bardzo zimno wiosłować. Chłodny
wiatr nadal wiał w twarz. Mimo rękawic ręce były
zdrętwiałe. Chciałem nie przegapić tego
traperskiego domu. Temperatura powietrza na pewno
była ok. 0° C. Do tego dochodził arktyczny wiatr.
Byliśmy mokrzy. Namiot mieliśmy uszkodzony.
Marzyłem więc, aby móc znaleźć ten domek.
Traperski domek udało mi się
wypatrzyć. Zdradziła go pusta beczka od benzyny,
która stała na brzegu. Z radością weszliśmy do
środka. Rozpaliliśmy w piecu. Wyjęliśmy pobite
szkło z rozbitych dwóch okienek a następnie
zabiliśmy je folią, żeby było ciepło. Być może
szkło w nich pobił jakiś niedźwiadek? W domku
bardzo szybko zrobiło się przyjemnie ciepło.
Szybko zasnęliśmy.
Płynęliśmy w dniu dzisiejszym ok. 6
godz. |
| |
| |
|
- strona 5 - |
| |
|
strona:
| |
|
|
|
 |
| |
| |
|
|
| |
| |
|
|
|
| |
|
|
|
|