We are from Poland
 
anisko.net 
 
 
 Lena 2003 - strona główna
 
 
Kajakowa wyprawa przez syberyjską rzeke Lene.    
 
 
 
 
 
  Lena 2003 - relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko
 
 

strona:  1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 


pobierz pamiętnik

LENA
(3.VI – 27. VIII. 2003 r.)
Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko

 

- strona 5 -

 
 
31 VII 2003 r. (68°08’52N, 123°31’41E, 26 npm)
 
        Wypłynęliśmy ok. godz. 15.00. Pogoda była dobra. Parę razy zmoczył nas przelotny deszcz z chmur, które wędrowały z południa. Spotkaliśmy w trakcie płynięcia trzech rybaków na motorówce. Dali nam na obiad rybę - jesiotra, z której ugotowaliśmy na postoju bardzo smaczną zupę.
        Piotrek i Tomek są już zmęczeni wyprawą. Piotrek już od wielu dni ciągle oblicza, kiedy dopłyniemy do Tiksi. Jednak na swój wiek spisuje się na wyprawie bardzo dobrze. Tomek świetnie gotuje i jest bardzo dobry w reperacji wszelkich uszkodzeń sprzętu. Nigdy jednak nie był tak długo poza domem.
         Nurt rzeki Leny nie był w regionach, w których dziś płynęliśmy rewelacyjny. Myślałem, że od Żigańska nurt powinien stać się szybszy, bowiem Lena strasznie się zwęża. Jednak poruszaliśmy się ze średnią prędkością ok. 9 km/h – nasze wiosłowanie ok. 7 km/h i nurt rzeki ok. 2 km/h.
         Płynęliśmy ok. 8 godz.
 
 
1 VIII 2003 r. (68°31’43N, 123°55’50E, 13 npm)
 
         Przez pierwszą godzinę płynięcia pogoda nam sprzyjała. Potem przyszedł wiatr z północy, a z nim sztorm. Nie był on jednak na tyle potężny, abyśmy zrezygnowali z płynięcia. Ciężko było płynąć pod wiatr huśtając się na falach. Płynęliśmy cały czas bardzo blisko prawego brzegu Leny, bowiem im bliżej brzegu tym wiatr i fale były mniejsze. W krajobrazie po prawej stronie towarzyszyła nam piaskowa klifowa ściana. Pojawiła się ona ok. 40 km za Żigańskiem i ciągnęła się cały czas nieustannie aż dotąd. Na lewym zaś brzegu Leny krajobraz był płaski i porośnięty gęstymi lasami tajgi.
        W ciągu dnia minęły nas dwa statki, które płynęły prawdopodobnie do Tiksi.
        Północny wiatr i fale mieliśmy przez cały dzień. Najgorsze fale tworzyły się w miejscach, w których nurt rzeki przyśpieszał. Północny wiatr podnosił nurt rzeki tworząc nieregularne, pionowe ściany wody. Fale te były niebezpieczne do pokonywania. Siły jednak dzisiejszego sztormu nie można porównać do tego, który mieliśmy za Żigańskiem. Jakuci mówili, że tak silnego sztormu jak tamten dawno już nie mieli. Dzisiejszy sztorm choć trudny do płynięcia pozwalał jednak płynąć do przodu.
        Płynęliśmy ok. 8 godz.
 
 
2 VIII 2003 r. (68°57’32N, 124°03’12E, 16 npm)
 
        Nadal był sztorm. Siła wiatru i wielkość fal była jednak zdecydowanie większa niż wczoraj. Płynąłem dziś w odległości od 50 do 100 m od brzegu. Zauważyłem bowiem, że prąd rzeki mimo wiatru i fal był tam najkorzystniejszy do poruszania się sprawnie w takich warunkach do przodu. Blisko brzegu fale i wiatr były mniejsze, ale bardzo często wytwarzał się tam nurt wsteczny. Tomek i Piotrek płynęli bliżej brzegu. Kajak ich bowiem był słabo zakryty od góry i szybko nabierali duże ilości wody do środka. Fale dzisiejsze wcale nie przypominały rzecznych, czy też jeziornych. Były to typowe fale morskie. Największe z nich dochodziły do ok. 2,5 m. Mimo, że kajak miałem dobrze zakryty od góry woda i tak wdzierała się do środka.
        Po ok. 4 godz. od wypłynięcia osiągnęliśmy wioskę Dżardżan. W wiosce tej mieszkało tylko ok. 20 ludzi. Leżała ona nad rzeką o tej samej nazwie co wioska, a więc Dżardżan. W wioseczce tej poznaliśmy bardzo sympatyczną ekipę meteorologów, którzy nas bardzo gościnnie przyjęli. Było ich czterech. Dwóch z meteorologów pracowało już od wielu lat w tym zawodzie. Dżardżan nie był ich pierwszą placówką. Dwójka pozostałych była nowicjuszami i miejsce to było ich pierwszą placówką. Pytałem ich o szczegóły ich pracy. Meteorolodzy mówili, że ich praca polega na codziennym mierzeniu temperatury, ciśnienia, prędkości wiatru itp., a następnie wysyłaniu tych danych każdego dnia do bazy głównej, która znajdowała się w Jakucku. Oprócz tego trudnić się muszą rybołówstwem, polowaniem, wszelkimi remontami stacji itp. Sami też wypiekają sobie chleb i kucharzą. W Dżardżanie nie ma bowiem żadnego sklepu. Statek przywozi tu latem produkty, które muszą wystarczyć im na cały rok. To co ich trzyma przy tej pracy, to tylko w miarę dobra pensja, którą otrzymują na swoje konta w banku, jak i twardy „romantyzm Syberii”. Początkowo podpisują oni kontrakt na trzy lata. Jeśli wytrzymają mogą pracować już w tym zawodzie tak długo, jak sobie zażyczą. Jednak miejsca pracy, jak i kompanów sami sobie nie wybierają. Na terenie wschodniej Syberii jest takich meteorologicznych stacji ok. setki. Są one rozmieszczone w różnych miejscach. Wiele z nich znajduje się w dziczy, gdzie „diabeł mówi dobranoc”. Do domu na urlop jeżdżą tylko raz do roku. Byłem pełen podziwu dla tych meteorologów. Młodzi chłopcy na całkowitym odludziu i całkowicie zdani na siebie. Zapytałem ich też na temat niedźwiedzi w tym regionie. Mówili, że jest ich w okolicy bardzo dużo. Na wiosnę jeden z głodnych po śnie zimowym napadł na myśliwych w domku traperskim położonym nieopodal na brzegu Leny. Jeden z myśliwych został pożarty przez niedźwiedzia, drugi uszedł z życiem. Na pożegnanie meteorolodzy dali nam słoik kawioru i chleb. Życzyli nam szczęścia. Niesamowici są ludzie na Syberii. Gdzie w świecie można znaleźć tak gościnnych ludzi?
        Ok. 22.30 godz. niebo zrobiło się czarne od ciemnych chmur. Weszły one na nasz kurs. Zaczęło grzmieć i błyskać. Spadł obfity deszcz, który zmoczył mnie doszczętnie, bowiem nie nałożyłem niczego od deszczu. Zresztą na wypadek deszczu miałem tylko kawałek folii budowlanej z wyciętą w niej dziurą. Nie nałożyłem jej jednak, bowiem służyła mi ona również do wygodnego siedzenia w kajaku. Deszcz padał koło godziny. Ciemne chmury, które były nad nami poskromiły jednak na jakiś moment silny północny wiatr. Szły bowiem z południowego-wschodu.
        Namiot rozbiliśmy chyba niedaleko traperskiej chatki, w której na wiosnę grasował niedźwiedź zabójca. Rozpaliliśmy koło namiotu duże ognisko. Mam jednak nadzieję, że Opatrzność Boża czuwa nad nami.
        Płynęliśmy ok. 8 godz.
 
 
3 VIII 2003 r. (69°17’39N, 124°36’19E, 15 npm)
 
        Dzisiaj niedziela. Pogoda mimo wczorajszej burzy nie zmieniła się. Nadal wiał silny północny wiatr i trwał sztorm. Właściwie to trwa on już prawie od tygodnia. W środę tylko mieliśmy ciszę. Było zimno. Temperatury powietrza od Żigańska bardzo się zmniejszyły.
       Rano musiałem suszyć moje ciuchy przy ognisku, bowiem były całkowicie mokre. Wykręciłem je z wody, nałożyłem na siebie i stanąłem blisko ogniska. Ciepło ciała plus ciepło ogniska dawały najszybsze rezultaty suszenia.
        Bardzo ciężko było nam płynąć pod wiatr i na dużych falach. Poruszaliśmy się bardzo wolno . Zresztą tylko w kajakach można było w takich warunkach płynąć. Na innym sprzęcie wiosłowym nie byłoby mowy o jakimkolwiek poruszaniu się.
        Wieczorem ok. 22.00 dostrzegliśmy na brzegu rybaków. Do nich skierowaliśmy dzioby kajaków. Byli to Jakuci. Zaprosili nas na „czaj”. Było ich pięciu i jedna stara kobieta, która im gotowała. Swój dom traperski mieli ok. 300 m od brzegów Leny. Byli bardzo gościnni poczęstowali nas chlebem i kawiorem. Jakutka chciała nawet dać Piotrkowi skarpety, bowiem przyszedł na bosaka. Ciężko było im objaśnić, że zostawił on buty w kajaku. Rozmawialiśmy z nimi na różne tematy. Wszyscy Jakuci pochodzili z wioski Siktiach. Mówili jednak, że prawie przez cały okrągły rok mieszkają tu w tajdze nad brzegiem Leny. Zajmują się polowaniem i rybołówstwem. Te zajęcia są źródłem ich utrzymania. Wszyscy ludzie z ich wioski też się tym zajmują. Klimat jest bowiem zbyt surowy, aby coś uprawiać, czy też hodować. Jakuci mieli dwa ładne psy. Mówili, że są to specjalne psy, które od lat szczenięcych były tresowane do polowań. Znajdują one ślady zwierząt w tajdze po węchu, kiedy myśliwy jest bezradny. Jakuci polują i łapią rybę nawet wtedy, kiedy temperatura wynosi -55° C. Jeśli chodzi o pogodę mówili , że tutaj jest już jesień i wszystkiego można się spodziewać, oprócz cichej spokojnej wody w Lenie. Deszcz, silny wiatr, mróz, a nawet śnieg. Na pocieszenie nas jeden z Jakutów dodał, że może jeszcze będzie ciepło. Mówił też, że przed nami teraz będzie najtrudniejszy odcinek do przepłynięcia w dotychczasowej naszej podróży. Jakuci wspomnieli też, że jesteśmy pierwszymi turystami wodnymi, których oni widzą. O nikim wcześniej nie słyszeli, ani nie widzieli. Wspomnieli tylko, że na tutejszą wiosnę pięciu młodych ludzi z Tiksi szło na nartach z Tiksi do Jakucka. Na pożegnanie Jakuci dali nam dwa bochenki chleba, którzy sami upiekli, słoik kawioru i mięso z dzikiego renifera. Zapraszali nas na polowania zimą. Potem zrobiliśmy wspólne zdjęcie ze skórą niedźwiedzia, którego ustrzelili niedawno. Niesamowici ludzi. Skąd u nich tyle gościnności i dobroci?
        Kiedy byłem już na wodzie żegnany przez Jakutów czułem się wewnętrznie naładowany dobrocią tych ludzi. Uczucie to zawsze powraca po doświadczeniu dobroci od Ludzi Syberii. Czym jest piękno przyrody wobec piękna wewnętrznego człowieka? Ci ludzie chociaż nie nazywali się chrześcijanami mieli jednak wielkie serca chrześcijańskie. Pomyślałem tak, - gdyby ktoś miał rozpoznać chrześcijan tylko po czynach a nie słowach, to pewnie stwierdziłby, że ludzie Ci są prawdziwymi chrześcijanami. Czy nasze Zachodnie Chrześcijaństwo nie jest skażone przez różne egoistyczne systemy kulturowe, które bardzo mało wspólnego mają z prawdziwym duchem chrześcijańskim? Egoistyczna pogoń za pieniądzem, własna przyjemność, brak wrażliwości i otwartości na drugiego człowieka, zamykanie się tylko na własny świat...itp. Czy w „chrześcijańskiej” Ameryce, Europie doświadczyłbym tyle dobroci i gościnności jak u tych ludzi na Syberii?
        Płynęliśmy ok. 9 godz.
 
 
4 VIII 2003 r. (69°27’30N, 124°53’02E, 12 npm)
 
        Rano nadal pogoda była nieciekawa, wciąż trwał sztorm. Bardzo silnie wiał chłodny wiatr, fale były duże. Pomimo takich warunków słońce świeciło na w miarę błękitnym niebie. Arktyka jest nieprzewidywalna.
        Pierwsze godziny poruszaliśmy się z prędkością ok. 3 km/h. Rzeka była pokryta białymi grzywami fal. Niektóre fale w odległości ok. 200 m od brzegu po silnym szkwale osiągały wysokość ok. 3 m. Parę razy celowo wypływałem dalej od brzegu, aby przypatrzyć się z bliska tym falom. Były one bardzo ostre. Wyglądało to tak jakby ściana wody leciała na człowieka. Przez kajak przelewała się woda i próbowała wcisnąć się do jego wnętrza, niekiedy nawet z dobrym skutkiem. Płynęliśmy w takich warunkach ok. 6 godz. Na miejsce postoju wybrałem brzeg małej rzeczki, która wpadała do Leny. Miejsce to było dobre do połapania ryb i nabrania w miarę czystej wody do picia. Byliśmy głodni, jak wilki. Na początku zaczęliśmy gotować na ognisku w garnku mięso z renifera, które wczoraj dali nam Jakuci. Jednak pomimo długiego gotowania mięso to było sprężyste jak guma więc postawiliśmy też na rzece siatkę na ryby oczywiście dalej gotując mięso renifera, które już trochę zaczynało nadawać się do spożycia. Niestety Tomek dodał do garnka z mięsem za dużo soli. Trochę się „wkurzyłem” pod wpływem mego rozdrażnionego żołądka, bo wiadomo, że jak Polak głodny to zły. Poszedłem więc natychmiast wyjąć siatkę. Na szczęście był w niej szczupak. Opatroszyłem go i usmażyłem na ognisku w tempie ekspresowym.
        Postanowiliśmy, że w miejscu tym będziemy nocować. Byliśmy jakoś zmęczeni trudami dnia dzisiejszego, a do tego była szansa złapania świeżej ryby na jutrzejsze śniadanko.
       W nocy pogoda się polepszyła. Sztorm zaczął cichnąć.
        Płynęliśmy w dniu dzisiejszym ok. 6 godz.
 
 
5 VIII 2003 r. (69°55’26N, 125°30’03E, 5 npm)
 
        Rano koło naszego namiotu było słychać odgłosy kroków dużego zwierzęcia. Pewnie jakiś niedźwiedź chciał się wprosić na śniadanie. Wystrzeliliśmy parę strzałów z naszego maleńkiego pistolecika straszaka.
       Kiedy rano gotowaliśmy sobie przy ognisku śniadanie przyjechało dwóch chłopaków na motorówce, aby wyciągać swoje sieci z rybą. Jedna z ich była postawiona niedaleko od naszej z tym, że była prawie pięciokrotnie większa niż nasza. Po wybraniu ryb podpłynęli do nas. Zaprosiłem ich na „czaj”, ale pewnie, jak zobaczyli w jakich warunkach higienicznych jest on przygotowywany, to się rozmyślili. Porozmawialiśmy chwileczką. Na pożegnanie Jakuci chcieli dać nam trochę ryby, którą niedawno wyciągnęli. Były to głównie ogromne jesiotry. Odpowiedziałem, że nie ma takiej potrzeby, bowiem my też postawiliśmy sieć. Dali nam więc symbolicznie jednego jesiotra.
       Wyciągnęliśmy naszą sieć. Było w niej parę ryb: szczupak, jesiotr i duży okoń. Nie był to duży połów, ale wystarczający, aby dobrze zapchać na śniadanie nasze żołądki.
        Pogoda była tropikalna. Temperatury pewnie koło 30° C. Nie było żadnego wiatru. W trakcie płynięcia parę razy musiałem z powodu gorąca zanurzać się w Lenie. Przed wioską Siktiach podpłynęli do nas na motorówkach rybacy. Zapraszali nas na brzeg na „czaj”. Szkoda jednak było marnować takich bez sztormowych warunków na Lenie. Rybacy opowiadali nam o jakimś Polaku zesłańcu, który żył w ich wiosce. Nazywał się Giermacki. Został zesłany w te regiony po II wojnie światowej. Miał on bardzo dobrą opinię wśród tutejszych ludzi. Umarł w ich wiosce Siktiach. Córka jego wyemigrowała do Polski. Rybacy mówili też, że jesteśmy pierwszymi turystami, którzy płyną kajakami po Lenie. Nikogo wcześniej przed nami nie widzieli , ani o nikim nie słyszeli.
       Do wioski Siktiach nie popłynęliśmy z paru względów. Przede wszystkim była już godz. 24.00. W wiosce nie było żadnego sklepu. Dużo więc czasu zajęłoby nam znalezienie jakiejś osoby od której moglibyśmy kupić parę bochenków chleba. Poza tym od tej wioski zaczyna się na Lenie strefa przygraniczna. Baliśmy się więc spotkać kogoś z władz, kto mógłby nas skontrolować i odkryć, że nie mamy specjalnych wiz, aby tu przebywać.
        Po minięciu wioski Siktiach bardzo źle się poczułem. Zaczęło mnie strasznie mdlić i zrobiło mi się bardzo zimno. Pierwszy raz w moim życiu zacząłem dygotać zębami i mieć drgawki całego ciała. Mimo, że nałożyłem wszystkie ciuchy na siebie nadal było mi zimno i drgałem. Wiedziałem, że coś ze mną nie tak. Mimo to starałem się płynąć do przodu. Prawdopodobnie miałem jakieś silne zatrucie, bowiem mdlił mnie strasznie tłusty jesiotr, którego dziś zjadłem. Zresztą od samego wypłynięcia w dniu dzisiejszym odczuwałem mdłości. W czasie płynięcia celowo, aby je zwalczyć wypiłem też trochę alkoholu. Teraz jednak to miałem apogeum. Tak silnego zatrucia to ja jeszcze ni miałem w życiu. W pewnym momencie zrezygnowałem z dalszego płynięcia. Z trudem dowiosłowałem do brzegu. Chłopaki wyciągnęli mój kajak z wody i rozbili namiot.
       Płynęliśmy ok. 9 godz.
 
 
6 VIII 2003 r. (70°26’03N, 125°46’03E, 11 npm)
 
        Powietrze rano było parne. Byłem strasznie osłabiony po wczorajszym zatruciu. Wszystkie mięśnie i stawy mnie bolały, brak było w organizmie energii. Wbrew swemu ciału powiedziałem chłopakom, że się zbieramy i wypływamy. Bardzo ciężko mi się płynęło. Do tego komary zaczęły ostro ciąć.
        Wieczorem podpłynęli do nas rybacy. Porozmawialiśmy chwilkę. Mieszkali oni ok. 60 km od wioski Siktiach w samotnym domku na lewym brzegu Leny. Zapraszali nas do siebie na „czaj”. Odmówiłem jednak, bowiem musielibyśmy cofać się ok. 1,5 km , a nurt rzeki w tym miejscu był silny. Zapytałem ich, jak daleko muszą chodzić ze swego domu na polowania? Odpowiedzieli, że bardzo blisko, ok. 1 km. Parę dni temu zastrzelili koło swego domu dwa niedźwiedzie. Na pożegnanie rybacy dali nam trzy ryby- omule. Omule są endemitami, żyją tylko w dwóch miejscach na świecie, tu na Lenie i w jeziorze Bajkał. Różnią się one tylko rozmiarami- leńskie omule są o wiele większe niż bajkalskie.
        W krajobrazie na lewym brzegu Leny pojawiły się przepiękne klify, zaś na prawym zniknęły. Namiot rozbiliśmy przy pięknych skałach. Piotrek i Tomek obrali omule i wyciągnęli ikrę. Ja położyłem się szybko spać.
         Płynęliśmy ok. 8 godz.
 
 
7 VIII 2003 r. (70°31’17N, 127°02’10E, 0 npm)
 
        Pogoda była bardzo dobra do płynięcia. Wiał leciutki wiatr w plecy i nurt rzeki był dobry. Po ok. 2 godz. płynięcia ujrzeliśmy w oddali dość wysokie góry.
        Lena w tych miejscach, gdzie się teraz znajdowaliśmy była relatywnie wąska. Miała ok. 4 km szerokości. Skalne klify nadal ciągnęły się na jej lewym brzegu. Rzeczą uderzającą w krajobrazie Leny były coraz rzadziej rosnące koło jej brzegów drzewa i do tego coraz mniejszych rozmiarów. Tajga powoli zanikała.
        Wieczorem, kiedy płynęliśmy pojawiła się przed nami na widnokręgu ciemna chmura. Pomimo, że szła prosto na nas płynęliśmy. Nagle ujrzeliśmy, że ktoś do nas macha rękoma z traperskiej chaty, która stała na prawym brzegu Leny. Podpłynęliśmy do brzegu i ruszyliśmy w kierunku domu, który leżał na wzgórzu. Przywitał nas Jakut z dwójką swoich dzieci. Zaprosili nas na „czaj” i poczęstowali zupą rybną, chlebem i ikrą. Opowiedzieliśmy im trochę o naszej wyprawie. Jakut powiedział, że parę lat temu był w tych regionach także jeden Polak na pontonie oblepionym naklejkami. Wiedzieliśmy na 100%, że chodzi o Romana Koperskiego. Zaczęliśmy Jakuta pytać o szczegóły, bowiem była to pierwsza przypadkowo odkryta osoba, dzięki której mogliśmy coś więcej dowiedzieć się o tej „zagadkowej” wyprawie. Wiedzieliśmy już z własnego doświadczenia , że pontonem na wiosłach nie jest możliwe przepłynięcie Leny. Do tego świadectwa spotkanych przez nas przypadkowo na Lenie ludzi potwierdzały, że nikt nie płynął tą rzeką w pontonie. Byliśmy bardzo ciekawi co powie nam Jakut. Jakut powiedział, że Polak, jeździł tu swoją łódką w górę i w dół rzeki i robił zdjęcia w tym regionie. Zapytałem, czy Polak poruszał się swoją łodzią za pomocą wioseł? Jakut wybuchnął śmiechem. Odpowiedział, że Polak miał ogromny silnik prawdopodobnie firmy „Yamaha” przyczepiony do pontonu. Ponton jego aktualnie jest na „daczi” pewnego kapitana w Jakucku. Jakut mówił, że Polak ten znał bardzo dobrze kapitana statku, który kursuje z Jakucka w te regiony. Kapitanowi temu prawdopodobnie obiecał i oddał mu swój ponton. Aktualnie zaś ten ponton ma trafić w moje ręce- powiedział Jakut. Syn kapitana, który przejął kapitaństwo statku po swoim ojcu obiecał Jakutowi dostarczyć ten ponton. Powiedziałem Jakutowi, że tym Polakiem był Roman Koperski i że napisał on książkę o tej wyprawie. W książce zaś napisał, że przepłynął on całą Lenę w pontonie na wiosłach i do tego bez pieniędzy. Jakut wybuchnął głośnym śmiechem. Powoli więc zagadka wyprawy pontonowej Romana Koperskiego coraz bardziej się wyjaśniała.
       Piotrek, Tomek i ja byliśmy „wkurzeni” na tego medialnego polskiego podróżnika, który okazał się kłamcą i oszustem. My tu walczymy na Lenie o każdy metr, zmagamy się ze sztormami i tajgą, padając ze zmęczenia. W upale i chłodzie, wielokrotnie głodni, wychudzeni co najmniej po 10 kg. W brudzie, pocie i chłodzie. A ten wielki podróżnik z silnikiem „Yamaha” i papierosem w buzi okłamuje całą Polskę, że przepłynął całą Lenę w pontonie na wiosłach i bez pieniędzy. Szlak człowieka trafia. Mamy jednak nadzieję, że kłamstwo to szybko wyjdzie na jaw.
        Jakut dał nam na pożegnanie puszkę kawioru z jesiotra. Powiedział, że jesteśmy pierwszymi ludźmi, którzy za pomocą siły własnych mięśni płyną Lenę.
        Płynęliśmy dziś ok. 8 godz. Do Kisjura zostało nam już nie dużo kilometrów.
 
 
8 VIII 2003 r. (70°53’03N, 127°30’59E, 10 npm)
 
        Pogoda rano była paskudna. Padał deszcz. Jednak kiedy zaczęliśmy pakować się do wypłynięcia zaczęło się powoli rozpogadzać.
        Mieliśmy wiatr w plecy. Po ok. 1 godz. płynięcia dostrzegliśmy w oddali Kisjur. Wioska ta była położona na prawym brzegu Leny w przepięknej scenerii majestatycznych gór rozciągających się za nią. W Kisjurze chcieliśmy kupić dużo bochenków chleba.
        Po przypłynięciu do wioski zgromadziło się wokół nas jak zwykle trochę ludzi. Wypytali nas skąd, dokąd płyniemy, ile dni itp. Jeden z Jakutów, który miał na imię Władimir zaproponował, że zaprowadzi nas do „magazynu”- sklepu. Ja z Piotrkiem poszliśmy z Władimirem. Tomek zaś został, aby pilnować kajaków. W trakcie robienia zakupów, po obejściu paru „magazynów” okazało się, że nie ma w wiosce dużo chleba. Kupiliśmy tylko 5 bochenków. Piotrek z chlebem i słodyczami wrócił do kajaków. Ja z Władimirem poszliśmy szukać jeszcze chleba jeszcze w innych „magazynach”. Panorama wioski Kisjur była dość ciekawa. Domy były zbudowane w bardzo niedalekiej odległości od siebie. Wszędzie było bardzo dużo błota i drewnianych kładek- pomostów. Bardzo dużo było też psów, które wyglądem przypominały bardziej wilki niż normalne psy. Władimir mówił, że do niedawna zabijano psy dla jedzenia i skóry. Aktualnie powstał przesąd, że osoba, która zabija psa musi szybko umrzeć. Z tego powodu nie zabija się psów. Pomimo odwiedzenia kolejnych „magazynów” chleba nie kupiłem.
        W trakcie wracania do kajaków Władimir pokazał mi ich dom kultury. Weszliśmy do środka tego budynku. Dyrektorka domu kultury oprowadziła mnie po prawie wszystkich pomieszczeniach. Byłem naprawdę mile zaskoczony istnieniem teatru na takim odludziu. W bibliotece otrzymałem od pracującej tam starszej pani na prezent książkę o roślinach leczniczych Jakucji. Bibliotekarka mówiła z dumą o swoim polskim pochodzeniu. Jej pradziadowie trafili tu na zsyłkę po Powstaniu Styczniowym w 1863 r. Ona sama nazywała się Czarnecka. Opowiadała też trochę o Polaku, który trafił tu na zsyłkę w 1941 r. Był to ten sam Polak, którego wspominali nam wcześniej rybacy spotkani koło wioski Siktiach. Nazywał się Giermacki. Umarł w wiosce Siktiach. Wielokrotnie próbował on bezskutecznie przedostać się do Polski. U Jakutów człowiek ten cieszył się dużym poważaniem. Sadził on kartofle wokół swego domu. Poślubił Jakutkę. W trakcie jakiejś zarazy, kiedy umarło dużo dzieci w wiosce, jego mała córka przeżyła. Wymyślił on bowiem jakieś lekarstwo na tę chorobę. Żył na początku w Kisjurze. Po spłonięciu jednak budynku, w którym pracował posądzono go o podpalenie. Za karę został przesiedlony do wioski Siktiach. Córka jego z dziećmi wyemigrowała do Polski.
        Po zwiedzeniu domu kultury Władimir pokazał mi tutejszy wioskowy „Bajkał”. Była to nieduża sadzawka przy Lenie. Na brzegu „Bajkału” rosło nieduże drzewko, pod które należało wrzucić parę kopiejek na szczęście. Władimir mówił, że bardzo dawno temu Jakuci mieszkali nad Bajkałem. Jednak z powodu najazdów Buriatów byli zmuszeni uciekać na północ. Nazwa Bajkał w języku Jakutów oznacza bogate, obfite jezioro.
        W czasie wracania na brzeg do kajaków zapytałem Władimira o jego rodzinę. Odpowiedział mi, że ma 36 lat, żonę i sześcioro dzieci- trójkę chłopców i trójkę dziewczyn. By zapewnić im byt musi on bardzo dużo polować i łapać ryb. Władimir mówił, że rybę sprzedaje on po ok. 10 rubli (ok. 33 centy USA) za kilogram kupcom, którzy przyjeżdżają tu zimą samochodami aż z Jakucka. Zimą Lena jest zamarznięta i jest wtedy jedyną drogą lądową w te regiony. Najbardziej jednak dochodowym towarem tu jest wódka. Najtańsza wódka w „magazynie” kosztuje ok. 100 rubli (ok. 3,5 $ USA). Jednak w obszarach poza wioską, w których ludzie mieszkają cena jej waha się od 200 do 400 rubli (ok. 14 $). Władimir mówił jednak, że on sam już od sześciu lat nie pije. Bardzo dużo ludzi każdego roku umiera z przepicia. Wódka doprowadza też do kłótni, które kończą się bardzo często walką na noże.
        Kiedy doszliśmy na brzeg do kajaków Władimir pokazał mi stojące blaszane małe budki na brzegu Leny przy wiosce. Budki takie widzieliśmy prawie w każdej wiosce przez, którą przepływaliśmy. Władimir mówił, że jeszcze w latach osiemdziesiątych takich budek tu nie było. Powodem ich pojawienia się były kradzieże z brzegów motorów, sieci itp. Wcześniej nie było złodziejstwa w tych regionach. Ludzie mogli wszystko bezpiecznie zostawiać na brzegu. Władimir wspomniał o niedawnej kradzieży jakichś samochodów z wioski Siktiach. Zapytałem Władimira o ilość policjantów w tych regionach. Odpowiedział, że jest tylko jeden na przestrzeni 500 km². Wcześniej przed „pierestrojką” za każdą kradzież zabierano do więzienia za kratki. Aktualnie idzie się do więzienia tylko za grubsze przestępstwa, jak np. morderstwo. Ludzie sami we własnym gronie wymierzają sprawiedliwość.
        Zapytałem Władimira i stojących na brzegu rybaków, czy może coś wiedzą na temat wyprawy pontonowej pewnego Polaka, który miał płynąć Leną w 1988 r. Nikt nic nie wiedział na ten temat.
        Po pożegnaniu się ruszyliśmy dalej na Lenę. Popłynęliśmy ok. 2 km za wioskę i zjedliśmy rybę, którą Tomek dostał w Kisjurze od jakiegoś rybaka.
        Wieczorem w trakcie płynięcia widoki były niesamowite. Piękne dzikie góry i wijąca się między nimi Lena. Rzeka w tych regionach była przepiękna.
        Płynęliśmy dziś ok. 7 godz.
 
 
9 VIII 2003 r. (71°01’25N, 127°36’37E, 6 npm)
 
        Rano pogoda była wietrzna i rześka. Słońce świeciło prawie na bezchmurnym niebie. W trakcie płynięcia wyłaniały się przed nami przecudne krajobrazy. Przepiękne wysokie góry schodzące aż do brzegów Leny. Jednak niedługo było nam dane rozkoszować się pięknymi widokami. Wkrótce przyszedł bardzo silny wiatr. Siła jego z każdą minutą stawała się coraz bardziej większa. Płynęliśmy z uporem bardzo blisko brzegu do przodu. W końcu doszło do tego, że do brzegu, który był oddalony od nas o ok. 30 m. musieliśmy dopływać aż ponad 10 min. Był to północny wiatr. Na brzegu trochę zjedliśmy. Mieliśmy cichą nadzieję, że być może zaraz wiatr ten osłabnie. Niestety wiatr się nie zmniejszał. W miejscu gdzie staliśmy na brzegu nie było żadnego dobrego miejsca na rozbicie namiotu. Postanowiliśmy więc pomimo silnego wiatru postarać się popłynąć jeszcze trochę do przodu, aby znaleźć jakieś dobre miejsce na biwakowanie. Odległość ok. 1 km płynęliśmy ponad godzinę bardzo silnie wiosłując. W końcu znaleźliśmy jakieś miejsce, które wydawało się być dobre.
        Wyciągając rzeczy z kajaków musieliśmy bardzo uważać, aby wiatr ich nie porwał. Wiatr miał w porywach taką siłę, że worek żeglarski ok. 40 kg. turlał po ziemi jak chciał. Nawet kajaki wyciągnięte z wody daleko od brzegu były przemieszczane przez ten wiatr, pomimo, że było w nich dużo rzeczy. Położyliśmy oba kajaki na ziemi opierając je o siebie burtami. Zabezpieczaliśmy je też dużymi kamieniami. Namiot rozbiliśmy daleko na brzegu koło góry, gdzie siła wiatru wydawała się być najmniejsza. Siła tego sztormu była imponująca. Pył wodny był podrywany z rzeki na wysokość ok. 100 m. Wyglądało to tak jakby to dym unosi się z „palącej” wody. Bardzo często tworzyły się nad wodą trąby powietrza, które wściekle nad nią wirowały. W oddali dwa statki schowały się za ścianą góry skalnej, także nie ryzykując płynięcia w takich warunkach. Siła wiatru była w porywach na pewno dużo powyżej 100 km/h. Małe kamienie na brzegu były podrywane przez wiatr w powietrze. Porywy wiatru zmieniały też co chwilę swój kierunek. Było to spowodowane otaczającymi nas górami. Tak niesamowite zjawisko przyrodnicze widziałem po raz pierwszy w życiu.
        Mamy nadzieję, że być może jutro ten potężny sztorm zmniejszy swą siłę, bowiem powoli kończą się nam produkty żywnościowe, a do Tiksi jeszcze daleko.
        Płynęliśmy dziś ok. 4 godz.
 
 
10 VIII 2003 r.
 
        Nocą dwa razy wychodziłem, aby wzmocnić tropik namiotu. Sztorm zwiększał swą siłę. Rano urwał się od namiotu jeden z jego naciągaczy. Wiatr targał namiotem bardzo silnie. Piotrek wybrał się do statku, który stał w oddali przy skalnej ścianie, także wciąż oczekując na przejście sztormu. Powiedziałem Piotrkowi aby załatwił, jak się da parę bochenków chleba. Po ok. 1,5 godz. podpłynęła do nas motorówka z trzema ludźmi. Ubrani byli ciepło i nałożone mieli na siebie kamizelki ratunkowe. Szli w kierunku naszego namiotu. Rozpoznałem wśród nich Piotrka. Zaprosiłem ich na „czaj”. Był to bosman jednego ze statków, które stały przy skale i jego pomocnik. Dali nam 6 bochenków chleba, 3 konserwy mięsne, 2 kg. cukru, 3 słodzone mleczka zagęszczane i ok. 3 kg. mięsa z renifera. Chciałem im zapłacić za te produkty. Nie chcieli oni jednak za to przyjąć żadnych pieniędzy. Mówili, że ich statek jest pasażerski i pływa na trasie Kisjur – Tiksi i z powrotem. Powiedzieli nam też o możliwości dopłynięcia do Tiksi przez Zatokę Niejełowo. Odradzali nam płynięcie do Tiksi przez Morze Laptieva. Droga ta jest dłuższa i o wiele niebezpieczniejsza z powodu częstych sztormów. Marynarze poinformowali nas również, że w Tiksi jest bardzo dużo wojska i bez specjalnych wiz będziemy na pewno szybko aresztowani. W trakcie naszej rozmowy pomocnik bosmana zauważył, że ich motorówka odpływa od brzegu. Ruszył on więc nagle, aby ją ratować. Widząc co się dziej krzyknąłem do Tomka, aby dał mi wiosło od kajaka. Nie czekałem jednak, kiedy Tomek mi je dostarczy. Szybko wystartowałem w kierunku odpływającej motorówki. Do brzegu było ok. 250 m. Wyprzedziłem pomocnika bosmana i wbiegłem do wody. Woda na szczęście nie była jeszcze zbyt głęboka. W ostatnim momencie rzuciłem się na końcówkę linki, która była przymocowana do motorówki. Motorówka była uratowana.
        Wracając do ogniska zauważyłem zwalony namiot. Byłem pewny, że coś w nim pękło. Kazałem Piotrkowi i Tomkowi wyjmować i sprawdzać rurki od masztu. Przeczucia moje szybko się sprawdziły. Jedna z rurek od masztu nie wytrzymała siły wiatru i pękła. Porwał się też drugi naciągacz od namiotu. Byłem trochę „wkurzony”. Bosman i pomocnik bosmana wypili szybko „czaj” i poszli do motorówki. Pożegnałem ich podziękowałem jeszcze raz za produkty i wróciłem do chłopaków. Szybko obmyśliliśmy możliwość jakiejś naprawy namiotu. Obkleiliśmy połamaną rurkę grubą taśmą samo-klejącą wraz z wzmacniającymi jej konstrukcje paroma śledziami od namiotu, które wcześniej wyprostowaliśmy. Następnie zabraliśmy się do znalezienie w pobliżu nas jakiegoś mniej wietrznego miejsca na rozbicie namiotu. Znaleźliśmy takie miejsce wewnątrz kotlinki przy ścianie, która zasłaniała wszystkie północne wiatry, jednak nie zasłaniała od wiatrów wiejących z kotliny, które potrafiły również od czasu do czasu potężnie huczeć. Namiotu jednak od razu nie rozbijaliśmy, bowiem baliśmy się, że jakiś silny poryw wiatru znowu może coś w nim połamać.
        Wieczorem cała rzeka była pokryta pyłem wodnym unoszącym się na wysokość ok. 100 m. Był, to niesamowity widok. Woda parowała od silnego wiatru. W namiocie w czasie większych porywów wiatru wszyscy podpieraliśmy rękoma i nogami rurki od masztu, aby nic nie popękało. Wiatr przeraźliwie huczał.
        Czekamy na zmianę pogody. Północna Lena począwszy od Żigańska jest naprawdę bardzo wietrzna i sztormowa.
 
 
11 VIII 2003 r.
 
       Nadal trwał sztorm. Niebo całe było zachmurzone. Wiatr nadal bardzo silnie wiał. Było zimno. Prawie całą noc spaliśmy a jednocześnie wsłuchiwaliśmy się w większe porywy wiatru. Kiedy uderzał w namiot trzymaliśmy rękoma i nogami za rurki od masztu, aby nie popękały. Rano sytuacja się nie zmieniła. W ciągu dnia nie zostawialiśmy pustego namiotu. Zawsze, ktoś musiał w nim być, aby czuwać. Dwa statki nadal stały zakotwiczone przy skalnej ścianie góry, która osłaniała ich od silniejszego wiatru.
        Po południu zrobiłem z Piotrkiem małą wycieczkę górską. Zdobyliśmy szczyt najbliżej nas położonej góry. Widoki były niesamowite. Zrobiliśmy więc trochę zdjęć fotograficznych. Na samym wierzchołku wiatr tak potężnie wiał, że nie można było ustać na nogach. Bałem się że może on zwiać, któregoś z nas w jakąś przepaść. Widoki jednak były zapierające dech.
        Mamy już wszyscy dość tego sztormu i czekamy z niecierpliwością na zmianę pogody. Jak dobrze byłoby jutro wreszcie wypłynąć. Tak niedużo kilometrów do celu, a nic nie można zrobić, oprócz modlitwy o lepszą pogodę.
 
 
12 VIII 2003 r. (71°16’58N, 127°19’11E, 21 npm)
 
        W nocy porywy wiatru były bardzo silne. Wielokrotnie musieliśmy podpierać rurki od masztu namiotu. Wiatr przeraźliwie huczał. Ok. 3.00 nad ranem przyszło dużo ciemnych chmur. Zaczął padać deszcz. W oddali słychać było grzmoty piorunów.
       Nad ranem wiatr jakby trochę przycichł. Wiał nadal, ale jego porywy nie były już takie mocne jak wczoraj. Zdecydowałem, że czas stąd uciekać. Miejsce, gdzie się znajdowaliśmy było fatalne dla naszego uszkodzonego już zresztą namiotu, bowiem spotykały się tu dwa wiatry. Jeden wiejący z północy rzeki i drugi wiejący z kotliny. Tworzyły one niezłe mieszanki wybuchowe, łącznie z trąbami powietrznymi.
        Mimo deszczowej sztormowej pogody ruszyliśmy na wodę. Płynęliśmy ok. 4 m od brzegu. Było bardzo ciężko. Moja technika wiosłowania polegała na tym, że kiedy wiatr nie szkwalił wiosłowałem z całych sił do przodu bardzo szybko, kiedy zaś przychodził silny szkwał kuliłem się w kajaku, jak najniżej i starałem się nie stracić zdobytych metrów. Porywy wiatru były jednak tak silne, że w ciągu sekundy potrafił zepchać kajak 10 m do tyłu. Minęliśmy wkrótce jeden ze statków, który nadal stał zakotwiczony przy skale nie ryzykując wypłynięcia. Drugi zaś wypłynął parę godzin temu. Wiatr był bardzo zimny. Ręce drętwiały strasznie od mrozu. Mimo rękawic, czapek i wielu ciuchów na sobie wciąż było zimno.
        Po ok. 4,5 godz. płynięcia ujrzeliśmy po prawej stronie traperski domek. Był on zbudowany na małym wzniesieniu koło rzeki, która wrzucała swe wody do Leny. Na brzegu była motorówka, co świadczyło o tym, że są w nim ludzie. Byliśmy bardzo zmarznięci, mokrzy i w tym momencie marzyliśmy tylko o tym, aby się gdzieś na chwilę ogrzać. W domu zostaliśmy przyjęci przez dziadka i babcię. Poczęstowali nas najlepszym jedzeniem, które posiadali. Mówili, że pochodzą z Kisjura, a tu „rybaczą”- łapią ryby. W ciągu sezonu letniego łapią oni ok. 1,5 tony ryby, zaś w ciągu zimy ok. 5 ton. Rybę sprzedają a za pieniądze, które otrzymują utrzymują siebie i pomagają swoim dzieciom. Cena ryby waha się od 10 rubli (ok. 33 centy USA) do 18 rubli (ok. 65 centy USA) za kilogram. Mówili, że słyszeli przez radiostacje, że w Tiksi pada śnieg i jest sztorm. Temperatura powietrza wynosi ok. 10° C w dzień i 3° w nocy. Radiostacja ich był zasilana z akumulatora na kolbkę. Na dalszą drogę dali nam trochę jedzenia i specjalne zapałki, które służą do rozpalania ogniska nawet przy silnych wiatrach. Mieliśmy, co prawda zapałek bardzo dużo. Jednak dziadek chciał usilnie, żebyśmy je wzięli. Mówił, że sprawa rozpalenia ogniska w tych regionach często decyduje o życiu i śmierci. Dziadek i babcia odprowadzili nas na brzeg do naszych kajaków. Przyglądali się naszemu sprzętu wodnemu. Powiedzieli, że w ich regionach myśliwi, kiedyś a nawet niektórzy do dziś używają podobnych łódek do polowań. Nazywają się one w jakuckim języku „ty”. Radzili nam na nocleg zatrzymać się w ich domku traperskim przy Lenie, który znajduje się ok. 10 km stąd. Poinformowali jednak, że bardzo trudno go znaleźć, bowiem jest on prawie niewidoczny z brzegów rzeki. Serdecznie się pożegnaliśmy z życzliwymi ludźmi, podziękowaliśmy za ich dobroć i ruszyliśmy w dalszy rejs.
        Było bardzo zimno wiosłować. Chłodny wiatr nadal wiał w twarz. Mimo rękawic ręce były zdrętwiałe. Chciałem nie przegapić tego traperskiego domu. Temperatura powietrza na pewno była ok. 0° C. Do tego dochodził arktyczny wiatr. Byliśmy mokrzy. Namiot mieliśmy uszkodzony. Marzyłem więc, aby móc znaleźć ten domek.
        Traperski domek udało mi się wypatrzyć. Zdradziła go pusta beczka od benzyny, która stała na brzegu. Z radością weszliśmy do środka. Rozpaliliśmy w piecu. Wyjęliśmy pobite szkło z rozbitych dwóch okienek a następnie zabiliśmy je folią, żeby było ciepło. Być może szkło w nich pobił jakiś niedźwiadek? W domku bardzo szybko zrobiło się przyjemnie ciepło. Szybko zasnęliśmy.
        Płynęliśmy w dniu dzisiejszym ok. 6 godz.
 
 

- strona 5 -

 

strona:  1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 

 
 

do góry

 
 
 
 
   
 
 
 Informacje o innych naszych wyprawach znajdziesz na stronie anisko.net
 
 
 Designed by IbrahimS © 2003