| |
| |
| Lena
2003 - relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko |
| |
| |
|
strona:
| |
|
|
|
|

pobierz pamiętnik |
LENA
(3.VI – 27. VIII. 2003 r.)
Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko |
|
| |
|
- strona 6 - |
| |
| |
| 13 VIII 2003 r.
(71°26’50N, 127°22’25E, 22 npm) |
| |
Rano pomimo, że słońce świeciło nadal wiał silny
północny wiatr. Po zjedzeniu śniadania
przyjrzeliśmy się trochę naszemu traperskiemu
domu, w którym spędziliśmy noc. Dom ten nie był
zamykany na żadną kłódkę, czy też zamek. Podobnie
zresztą jak wszystkie inne traperskie domy, które
wcześniej widzieliśmy. Składał się on tylko z
jednej małej izby. Przy wejściu był piecyk i
drzewo na rozpałkę. Dalej był stół, dwa łóżka i
ogromna skrzynia. Na jednej ze ścian wisiała mała
półeczka z książkami, magnetofonem i radiostacją.
W domu było też dużo produktów spożywczych. Przy
drzwiach wejściowych od strony zewnętrznej domu
wisiało też parę ubrań zrobionych z różnych skór.
Był tam sweter z przyszytymi do niego rękawicami,
buty wykonane ze skóry na każdy pewnie rozmiar
stopy i dwie czapki. W jednej z czapek było
gniazdo szerszeni. Na zewnątrz domu można było też
znaleźć drewniane sanki, młotek, siekierę,
gwoździe i stertę starych zużytych rybackich
gumowców. Ze sterty gumowców wybrałem jakieś dwa
wyglądające na najlepsze, bowiem buty moje były
już do niczego. Buty które nosiłem miały ogromne
dziury na palcach i od dołu obrywały się już
całkowicie podeszwy. Od wielu dni wiązałem
podeszwy do butów sznurkami, ale nie było to
skuteczne rozwiązanie. Wyrzuciłem więc swoje stare
buty na stertę starych gumowców a nałożyłem sobie
na nogi dwa stare gumowce. Gumowce co prawda były
trochę dziurawe, ale czym były te maleńkie dziurki
wobec dziur w moich starych butach. Poczułem się
jak prawdziwy rybak, bowiem wszyscy rybacy na
Lenie nosili takie buty. W ramach wdzięczności
zostawiłem na stole w domu rybackim trochę
pieniędzy.
Na Syberii panuje zwyczaj zostawiania
traperskich domów zawsze otwartych. W domu takim
każdy może przenocować. Szczególnie człowiek,
który znalazł się w trudnych warunkach i
potrzebuje schronienia. Dlatego ważną rzeczą jest,
aby w domu wszystko było przygotowane na takiego
nieoczekiwanego gościa: drzewo na opał, zapałki,
garnki i jakieś artykuły spożywcze. Po
przenocowaniu w takim domu wypada go posprzątać i
w miarę możliwości przygotować dla innego
niespodziewanego gościa.
Sztorm nadal trwał, mimo to
wypłynęliśmy. Wiał bardzo zimny wiatr. Byliśmy
ubrani ciepło, w czapki, rękawice i inne ciepłe
ciuchy. Piotrek i Tomek mieli zimowe kurtki, ja
zaś stosowałem metodę „cebulki”, czyli miałem
nałożony na siebie sweter i prawie wszystkie
koszulki z krótkim rękawem. Fale były bardzo
wysokie. Płynąc ok. 100 m od brzegu niektóre z
nich osiągały wysokość do ok. 3 m.
Po ok. 4 godzinach płynięcia
dostrzegłem na brzegu stojący samotnie „wiezdachod”.
Zatrzymaliśmy się go obejrzeć. Jest to samochód,
wyglądający jak wóz pancerny na gąsienicach, który
służy do poruszania się w tych terenach. Można w
nim jeździć po takich powierzchniach po których
nawet najlepszy samochód terenowy nie miałby
żadnych szans przejechania. Zresztą w regionach
tych nie ma żadnych dróg, nawet polnych. „Wiezdachodem”
porusza się zwykle wzdłuż małych rzek i ścieżek
znanych tylko dla tutejszych mieszkańców. Pożera
on ogromne litry paliwa. Jest za to jedyną i
niezastąpiona maszyna zdolną do poruszania się w
tych regionach niezależnie od pory roku.
Nie rozpalaliśmy ogniska w miejscu
gdzie stał pusty „wiezdachod”. Dostrzegliśmy
bowiem w oddali stojący jakiś domek.
Postanowiliśmy płynąć do niego, gdyż było nam
bardzo zimno. Dom był położony w odległości ok. 3
km od nas. Był on zbudowany u podnóża stoku góry.
W miejscu tym widać było dużo chmur, które
schodziły z gór i wchodziły na rzekę. Kiedy
znajdowaliśmy się w odległości ok. 500 m od tego
domu chwycił nas w swoje szpony bardzo potężny
wiatr. Siła jego była naprawdę imponująca. Płynąc
ok. 20 m od brzegu przez ok. 15 min nie mogłem
podpłynąć do niego ani o jeden metr. Porywy tego
wiatru były piekielne. Osiągały na pewno dużo
powyżej 100 km/h. Kuliłem głowę i ciało jak
najniżej w kajaku, żeby jak najbardziej zmniejszyć
opór powietrza. Miejsce to było trochę podobne do
tego w którym złapał nas parę dni temu ten
piekielny sztorm. Jedne wiatry schodziły z kotlin
górskich drugie wiały z północy od dołu rzeki.
Wiatry te mieszając się z sobą tworzyły trąby
powietrzne, które szczególnie były niebezpieczne.
Kajak Tomka i Piotrka o mało co nie został
przewrócony przez jedną z tych piekielnych
powietrznych trąb . Ledwo zapanowali nad
przewracającym się kajakiem instynktownie ratując
się zgranie i w porę wiosłami. Bardzo długo
podchodziliśmy do brzegu. Nie było przy nim żadnej
motorówki, za to było widać dwa ogromne psy
biegające koło domu. Wyciągnęliśmy kajaki na
brzeg. Piotrek został przy kajakach, ja zaś z
Tomkiem ruszyłem w kierunku domu. Szybko wyczuły
nas psy i ruszyły na nas do ataku. Na szczęście w
porę wybiegły z domu krzycząc za psami jakaś
dziewczyna i starsza kobieta. W pierwszym momencie
myślały, że jesteśmy marynarzami ze statku, który
stał zakotwiczony za skalną górę i przeczekiwał
sztorm. Wyjaśniliśmy im jednak, że nie. Zaprosiły
nas do domu. Kajaki wnieśliśmy jeszcze wyżej na
brzeg, bowiem sztorm zaczął się już na dobre i nie
było żadnej mowy o dalszym płynięciu. Jeden z
psów- owczarek niemiecki był bardzo agresywny
pomimo tego, że krzyczały na niego cały czas
kobiety. Wyjaśniły nam, że jest on nowy i jeszcze
nie nauczył się być im posłuszny. Udało się im
jednak zamknąć go w jakiejś budzie.
W domu było ciepło i przyjemnie.
Szybko też dostaliśmy coś do jedzenia. Starsza
kobieta przedstawiła się nam jako naczelnik bazy.
Na imię miała Rajsa. Drugą osobą, która pomagała
jej była jej córka Liena. Rajsa była bardzo
rozmowna. Mówiła, że dom, w którym przebywamy jest
„maładjożną bazą 33”- młodzieżową bazą. Przyjeżdża
do niej na 24 dniowe turnusy młodzież z Tiksi i
Kisjura. W trakcie pobytu tu uczą się o kulturze
Ewenków i Jakutów. Do tego uczą się także polować
i łapać ryby. Na stałe jednak Rajsa, jak i jej
córka mieszkają w Tiksi. Rajsa powiedziała mi
także, że jest przedstawicielką mniejszości
narodowych Ewenków w parlamencie Jakucji. Mówiła,
że bardzo lubi i często wychodziła z eweńskimi „ljeniowodami”-
koczownikami, którzy pasą renifery na wiele
miesięcy w tundrę. Życie z nimi daje jej spokój
ducha. Zarówno ona, jak i jej córka były osobami
bardzo religijnymi. Parę lat temu nawróciły się
one na chrześcijaństwo (jakieś wyznanie
protestanckie). Rajsa z wielkim przejęciem
opowiadała o swojej wierze. Widać było, że wiara w
Jezusa Chrystusa jest dla niej najważniejszą
sprawą w jej życiu.
Dom w którym przebywaliśmy był
położony na stoku góry. Podczas silnych porywów
wiatru cały on huczał i się trząsł. Miało się
wrażenia, że za moment wszystko pofrunie: dach,
szyby. Huk trzęsącego się domu przypominał dźwięk
pędzącego pociągu. Rajsa mówiła, że wiatry te mają
taką siłę, że potrafią przewrócić nawet motorówki
stojące na brzegu, czy też płynące po wodzie.
Wczoraj wiatr przewrócił i poniósł dwie toalety,
które stały koło domu. Dowiedzieliśmy się również,
że bardzo często ten dom jest odwiedzany przez „Miszka”-
niedźwiedź. „Miszka” nauczył się podkradać od nich
różne produkty spożywcze, bowiem bardzo mu one
smakują.
Płynęliśmy dziś w sumie ok. 5 godz. |
| |
| |
| 14 VIII 2003 r.
(71°57’12N, 127°12’06E, 14 npm) |
| |
Rano wiatr nadal wiał, lecz siła jego nie była tak
mocna jak wczoraj. Szybko więc spakowaliśmy kajaki
i szykowaliśmy się do wypłynięcia. Rajsa dała nam
dużo adresów jej znajomych w Tiksi, którzy mogą
nam pomoc w razie jakichkolwiek problemów.
Powiedziała, też, że 18 VIII ona będzie w Tiksi.
Zapraszała nas do swego domu. Serdecznie się
pożegnaliśmy i ruszyliśmy na dalszy rejs.
Pogoda była wyśmienita do
płynięcia, pomimo, że od czasu do czasu wchodziły
na rzekę porywiste wiatry z gór. Wiały one z
różnych kierunków. Raz w twarz, raz z boku, raz w
plecy. Najważniejsze jednak, że płynęliśmy do
przodu. Widoki w tej części Leny były nieziemsko
piękne. Cudowne dzikie góry z przeróżnymi
kształtami stoków ciągnęły się po prawej stronie
Leny. Drzew już w krajobrazie nie było. Po lewej
stronie rzeki rozpościerała się tundra. Od czasu
do czasu widać było śnieg, który zalegał niektóre
miejsca.
Po ok. 4 godz. płynięcia
odwiedziliśmy domek traperski, który stał samotnie
po prawej stronie rzeki. Koło domu chodził bardzo
wychudły pies. W domy tym mieszkali bardzo starzy
już dziadek i babcia. Poczęstowali nas „czajem” i
jakąś suszoną rybą. Dziadek był trochę głuchy.
Babcia zaś słabo mówiła po rosyjsku, gdyż była
Ewenką. Z dziadkiem porozumiewała się ona tylko w
języku eweńskim.
Język eweński jest już prawie na
wymarciu. Bardzo mało Ewenków zna już swój język.
Język ten nie jest ani trochę podobny do języka
jakuckiego. Na terenach tych aktualnie są używane
przede wszystkim dwa języki: rosyjski i jakucki.
Nastąpiło już takie wymieszanie kulturowe, że
trudno jest powiedzieć, kto jest czystym Ewenkiem,
Jakutem, czy też Ewenka.
Późnym wieczorem przypłynęliśmy też
do jakiegoś innego samotnie stojącego traperskiego
domku. Przebywał w nim młody rybak. Był on
Rosjaninem. Wypiliśmy z nim „czaj”. Powiedział
nam, że w osadzie rybackiej Tit-Ary będziemy mogli
otrzymać trochę chleba na dalszą podróż. Kiedy
piliśmy „czaj” rozmawiając z rybakiem jego pies
wywęszył i ukradł nam z kajaków trochę żarcia:
kiełbasę i ok. 0,5 kg cukierków. Byliśmy wściekli
na niego, ale przy właścicielu nie wypadało psa
ukarać za jego brak manier dobrego wychowania.
Gdyby jednak nie właściciel to otrzymałby od nas
jakąś dobrą lekcję wychowawczą.
Pogoda była w miarę dobra. Płynęliśmy
więc całą noc. Namiot rozbiliśmy ok. 4 nad ranem
na jakiejś wyspie niedaleko Tit-Ary.
Płynęliśmy ok. 11 godz. |
| |
| |
| 15 VIII 2003 r.
(72°15’55N, 126°56’22E, 1 npm) |
| |
Od samego rana padał deszcz. Było zimno i mokro.
Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy rzeczy do
kajaków i ruszyliśmy na wodę.
Po ok. 1 godz. płynięcia
dostrzegliśmy po lewej naszej stronie jakieś
budynki stojące na brzegu wyspy. Było to osada
rybacka Tit-Ary. Kiedy zbliżaliśmy się do brzegu
rybacy przeciągali akurat za pomocą traktora duży
kontener z rybą. Podeszliśmy do nich. Poznaliśmy
tam szefową tej bazy. Zapytaliśmy ją czy można
gdzieś tu kupić trochę chleba. Szefowa bazy
powiedziała, że nie za bardzo, ale coś postara się
nam załatwić. Wcześniej jednak zaprosiła nas do
obejrzenia „letnika”. W czasie drogi do niego
zapytałem ją, czy może pamięta Romana Koperskiego,
Polaka, który był tu w 1998 r.? Odpowiedziała, że
nie pamięta. Po czym dodała na swoje
usprawiedliwienie, że dość sporo odwiedza ich
różnych ludzi. W „letniku” szefowa wzięła się za
dokładne ważenie ryby, którą wnosili co chwila, w
ogromnym pojemniku, dwóch rybaków. Praca ta była
ciężka, bowiem pojemnik ten ważył zwykle ok. 150
kg. „Letnik” był dwupiętrowy. Składał się z
długich korytarzy połączonych z bocznymi
komnatami. Wszędzie był lód. W komnatach składane
były różne gatunki ryby. Dwóch rybaków z dolnego
piętra pracowało ciepło ubranych przy pakowaniu
ryb do worków. Temperatura tam była naprawdę
niska. Po zważeniu ryb szefowa dała nam dwa
bochenki chleba. Chciałem jej zapłacić.
Odpowiedziała jednak filozoficznie, że na Syberii
nie wszystko można kupić za pieniądze. Po czym
dodała, żebyśmy zgłosili się do rybaków, którzy
pracują 800 m stąd po rybę. Pożegnaliśmy się z nią
serdecznie i podpłynęliśmy kajakami do rybaków.
Dwóch rybaków pracowało przy obieraniu ryby,
otoczeni latającymi nad ich głowami sępującymi
mewami, reszta zaś była w środku jakiegoś budynku.
Rybacy ci mieli krótką przerwę w robocie i grali w
karty. Porozmawialiśmy z nimi trochę. Zapytałem
rybaków ilu ludzi mieszka w Tit-Arach?
Odpowiedzieli, że aktualnie ok. 30. Rybaków jest
ok. 20, a reszta to dzieci i żony niektórych
rybaków. Rybacy zaś wypytali nas o naszą wyprawę
kajakową. Mówili, że przebywało do nich już wielu
ludzi, ale na kajakach, którzy wiosłują od samego
aż prawie Bajkału to jeszcze nikt. Wszyscy goście
przypływają do nich statkiem lub przylatują
helikopterem. Powiedzieli, że jesteśmy pierwszymi
ludźmi, którzy przypłynęli do nich za pomocą siły
własnych rąk aż z samego Bajkału. Zapytałem
rybaków, czy pamiętają Romana Koperskiego i jego
wyprawę pontonową z 1998 r. Jednak nikt z nich
siedzących w środku budynku nie pamiętał takiej
osoby. Jeden tylko rybak, który pracował przy
obieraniu ryby wspomniał coś o Romanie Koperskim.
Zapytałem go, czy pamięta na czym on dostał się do
nich. Odpowiedział, że nie pamięta. Rybacy dali
też nam dużo informacji o odcinku Leny, który był
do przepłynięcia przed nami. Mówili nam, żebyśmy
koniecznie zapłynęli do stacji polarnej „Sokol” i
do międzynarodowej stacji badawczej „Nordschield”.
Pokazali nam na mapie, gdzie się one znajdują.
Mieszkają w nich bardzo gościnni ludzie. Do Tiksi
radzili dostać się przez Zatokę Niejełowo. Mówili,
że nie ma potrzeby ryzykować dłuższej i
niebezpiecznej drogi przez Morze Laptieva. Wszyscy
rybacy pływają do Tiksi przez Zatokę Niejełowo. Na
pożegnanie dali nam cztery duże ryby, które
specjalnie dla nas wybrali z dużej kupy ryb, która
była w jakimś dużym pojemniku. Proponowali nam,
abyśmy zostali u nich trochę dłużej. Pożegnaliśmy
się z nimi serdecznie. Rybacy ruszyli do swojej
pracy, my zaś na dalszy rejs.
Po ok. 1,5 godz. płynięcia zrobiliśmy
postój, aby zjeść rybę. Byliśmy głodni. W trakcie
kiedy siedząc przy ognisku jedliśmy z apetytem
rybę podpłynęła do nas motorówka z dwojgiem ludzi.
Zapytali nas czy potrzebujemy jakiejś pomocy?
Odpowiedziałem, że nie i zaprosiłem ich na „czaj”.
Byli to rybacy z Tit-Ary. Wracali oni z Tiksi do
Tit-Ary z pocztą i zakupami. Jeden z nich bardzo
śmieszny był z pochodzenia Czeczeńcem, drugi
również z wielkim poczuciem humoru z pochodzenia
Kazachstańczykiem. Tworzyli zgrany duet. Wyjęli z
motorówki swoje zakupy i poczęstowali nas.
Wypiliśmy z nimi jedną wódkę. Opowiadali, że do
Tiksi trafili przez wojsko. Służyli bowiem w tym
mieście i w trakcie wojska poznali miejscowe
piękności tego miasta. One to sprawiły, że szybko
zmienili stan kawalerski na małżeński i mieszkają
już w Tiksi od 20 lat. Czeczeniec mówił, że na
Syberii każdy go zna, bowiem jest tu tylko jedynym
rybakiem z Czeczenii. Żartowali ze swoich kolegów
rybaków z Tit-Ary mówiąc, że za mało dali nam
ryby. Rybacy chwalili życie w czasach komunizmu,
podobnie zresztą jak każdy człowiek, którego
spotkaliśmy na Lenie. Mówili, że w czasach
komunistycznych w Tit-Ary była poczta, sklep,
kino. A teraz nie ma niczego. Nikt się o to nie
troszczy. Po zakupy i pocztę muszą jeździć aż do
Tiksi. Pożegnaliśmy się serdecznie z tymi
sympatycznymi i gościnnymi ludźmi. Mówili, że do
Tiksi przypłyną znowu za parę dni i rozpoznają nas
po brodach. Każdemu z nas bowiem porosły przez
czas wyprawy spore brody.
Płynęliśmy do bardzo późna w
nocy. Namiot rozbiliśmy na skalistym wybrzeżu ok.
25 km od bazy polarnej „Sokol”.
Płynęliśmy ok. 7 godz. |
| |
| |
| 16 VIII 2003 r.
(72°22’59N, 127°22’05E, 0 npm) |
| |
Pogoda była pochmurna. Na szczęście nie było
żadnego wiatru. W trakcie płynięcia podziwialiśmy
przepiękne klify, które w niektórych miejscach
były naprawdę cudowne. Spadające niemal pionowo do
wody skalne wysokie ściany zapierały dech w
piersi. Stwierdziliśmy jednomyślnie, że Lena na
dalekiej północy jest najpiękniejsza.
Po paru godzinach minęliśmy wyspę „stołb”.
Wyspa ta jest uważana za koniec rzeki Leny. Dalej
jest już tylko olbrzymia jej delta. Wyspa ta jest
nieduża, w kształcie owalnym i otoczona dokoła
pionowymi skalnymi klifami.
Wkrótce północny brzeg Leny, przy
którym cały czas płynęliśmy skręcił mocno w
kierunku wschodnim. Po paru minutach wyłoniły się
nam domy bazy polarnej „Sokol”. W bazie zostaliśmy
bardzo gościnnie przyjęci. Pracowało i mieszkało w
niej 7 osób. Naczelnik bazy, który pracował w niej
od 20 lat opowiadał mi dużo o specyfice jego pracy
. Mówił, że aktualnie mało ludzi chce pracować w
zawodzie polarnika. Zniechęca ich totalne
odludzie, jak i niskie zarobki wynoszące ok. 100$
miesięcznie. On sam nie otrzymuje już pensji od 2
lat. Praca jest ciężka. Wieczne remonty czegoś,
jak i codzienne mierzenie danych meteorologicznych
i hydrologicznych. Zimą, kiedy są tu zamiecie
śnieżne między domem i innymi budynkami oraz
przyrządami pomiarowymi rozpościerane są liny.
Bywały bowiem w tych regionach wypadki, że osoba
wychodząca z domu za jakąś potrzebą nie mogła
trafić z powrotem do niego z powodu „purgawicy”-
zamieci śnieżnej. Wiatry są bardzo silne. Żona
naczelnika mówiła, że wielokrotnie mąż jej pomagał
dojść do domu z podwórka zasłaniając sobą wiatr.
Naczelnik poruszył również temat nie
kontrolowanego od czasów „pierestrojki” połowu ryb
w rzece Lenie. Dawniej mówił były odgórnie
przydzielane limity na połów. Obecnie nikt się nie
troszczy o racjonalny połów ryb. Ten rabunkowy
trend doprowadzić może do takiej sytuacji, że za
ok. 10 lat nie będzie w Lenie wiele ryb. Zapytałem
naczelnika, czy odwiedzają go czasami jacyś ludzie
z zewnątrz? Odpowiedział, że zwykle bywają to
tutejsi rybacy, których zaskoczył sztorm lub
jakieś inne ciężkie warunki. Parę razy
przyjeżdżali do bazy dziennikarze, którzy robili
filmy o tych regionach. Z podróżników pamięta
tylko jednego – pewnego Francuza, który nocował u
nich w bazie pod namiotem. Nie chciał on bowiem
spać w domu, gdyż twierdził, że odzwyczaił się już
od spania pod dachem. Francuz ten chciał przebyć
całą arktyczną Syberię, począwszy z okolic
Murmańska aż na Czukotkę do Cieśniny Beringa.
Latem poruszał się w kajaku po morzu, zimą zaś w
psim zaprzęgu. Psy sprowadził do Rosji aż z
Francji. Nauczył się świetnie mówić po rosyjsku.
Sam polował i łapał ryby. Mięso suszył swoimi
własnymi metodami. Miał z sobą telefon
satelitarny. Zapytałem naczelnika o Romana
Koperskiego, czy może widział lub słyszał coś o
tym podróżniku, który miał płynąć pontonem Lenę w
1998? Odpowiedział, że nie.
W bazie polarnej poznaliśmy też syna
naczelnika Daniela. Mówił on bardzo dobrze po
polsku. Daniel przyjechał tutaj parę dni temu na
odpoczynek. Na stałe mieszka zaś w Brześciu.
Pracuje jako zastępca dyrektora w telewizji
brzeskiej. Był zachwycony tutejszym regionem.
Pokazał mi on kości mamuta, które były znalezione
na nieodległych wyspach w delcie Leny. Z nutką
emocji opowiadał o tym, jak zaraz po jego
przyjeździe pojechali z ojcem na polowanie na
dzikie gęsi. Bardzo szybko ustrzelili ich
wystarczającą ilość, aby mieć pokarm na najbliższe
dni. Zapytałem Daniela, czy widział jakieś
niedźwiedzie w tych regionach? Odpowiedział, że
dwa dni temu zastrzelili oni niedźwiedzia
brunatnego zaraz koło ich domu. Byłem bardzo
zaskoczony tą informacją, ponieważ myślałem, że
niedźwiedzie brunatne żyją tylko w tundrze i nie
wychodzą tak daleko na północ w samą tundrę. Na
pożegnanie wymieniliśmy się adresami. Naczelnik
bazy, jak i Daniel mają na stałe dom w Brześciu –
mieście niedaleko polskiej granicy. Co prawda
naczelnik przebywa w nim bardzo rzadko. Jest tam
tylko na urlopie, który ma raz na dwa lata.
Wypłynęliśmy z bazy polarnej ok.
24.00 h. Było dość zimno. Płynęliśmy dziś w sumie
ok. 6 godz. |
| |
| |
| 17 VIII 2003 r.
(72°01’04N, 128°30’29E, 0 npm) |
| |
Dzień był pochmurny i chłodny. W trakcie płynięcia
wchodziły nam na kurs ciemne chmury, które
przynosiły leciutkie deszcze. Widoczność była
słaba. Miłą niespodziankę sprawił nam kapitan
jednego z mijających nas statków. Pogratulował nam
przez mikrofon przepłynięcia całej Leny w
kajakach. Dodał, że do Tiksi już nie daleko.
Pewnie w trakcie naszego rejsu parę razy na trasie
musiał nas mijać. Podziękowaliśmy mu przez
pomachanie rękoma w jego kierunku.
Następnie dostrzegliśmy zbliżające
się w naszym kierunku dwie motorówki. Na jednej z
nich był główny inspektor międzynarodowej bazy
naukowej „Nordshield”, zaś na drugiej naukowiec
badający ptaki. Porozmawialiśmy z nimi krótko na
wodzie. Zapraszali nas do odwiedzenia ich bazy, do
której mówili, że jest jeszcze ok. 30 km. Sami zaś
na razie muszą jechać do bazy polarnej „Sokol”.
Późnym wieczorem może uda im się wrócić. Naczelnik
bazy mówił, że możemy tam wziąć „banię” i
odpocząć. Podziękowałem im serdecznie za
zaproszenie.
Na Syberii ludzie są niesamowici.
Skąd u nich tyle dobroci i otwartości na drugiego
człowieka. Tu na Syberii można się uczyć od tych
ludzi bycia w pełni człowiekiem. Cywilizacja
zachodnia to dzicz duchowa w porównaniu z kulturą
duchową ludzi na Syberii.
Po paru godzinach wiosłowania
dotarliśmy do międzynarodowej stacji badawczej „Nordschield”.
Stacja ta powstała parę lat temu z inicjatywy
norwesko-jakuckiej. Celem jej jest prowadzenie
badań naukowych przyrody arktycznej w tych
regionach. Stacja ta specjalizuje się przede
wszystkim w badaniach ornitologicznych.
Szczególnie wielkie ilości ptactwa można spotkać w
delcie Leny. Delta Leny jest największym jeśli
chodzi o terytorium parkiem przyrodniczym w
świecie. W stacji przywitały nas trzy młode osoby:
dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Mówili, że
aktualnie w stacji nie ma nikogo więcej. Zaprosili
nas na obiad. Wszyscy oni pochodzili z Tiksi.
Jeden z chłopaków pełnił tu służbę wojskową. Dwoje
pozostałych miało jakieś praktyki. Proponowali nam
abyśmy przenocowali w stacji, bowiem jest już
późno. Podziękowaliśmy im jednak serdecznie za
gościnę i popłynęliśmy dalej. Szkoda było nam
marnować dobrej pogody do płynięcia. Wiedzieliśmy
bowiem, że spokojna woda należy w tych regionach
do rzadkości.
Płynęliśmy do ok. 2.00 w nocy po czym
rozbiliśmy namiot, rozpaliliśmy ognisko i
poszliśmy spać.
Wiosłowaliśmy w dniu dzisiejszym ok.
9 godz. |
| |
| |
| 18 VIII 2003 r. |
| |
Rano pogoda była nadal pochmurna. Było zimno. Wiał
wiatr z północnego- zachodu.
Wyruszyliśmy wcześnie na ostatni prawdopodobnie
odcinek naszego rejsu, jeśli nie zaskoczy nas
silny sztorm. Był to 70 dzień na wodzie w
kajakach.
Po ok. 4 godz. Wiosłowania ujrzeliśmy
w oddali Tiksi. Cel i zarazem metę naszego
kajakowego rejsu. Było ono oddalone od nas o
jakieś 15 km. Czuliśmy zarazem radość, jak i obawę
przed zbliżającymi się kłopotami w Tiksi.
W trakcie płynięcia myślałem, czy nas
aresztują żołnierze jeszcze na wodzie, czy też na
brzegu? Wpływaliśmy jako cudzoziemcy bez
zezwolenia na przebywanie w tym regionie. Do tego
wpływaliśmy do Tiksi 3- militarnej części Tiksi.
Nie było żadnej możliwości uniknięcie spotkania z
wojskami pogranicznymi. Gdyby nawet udało się nam
jakoś schować od żołnierzy, to i tak bylibyśmy
aresztowani podczas prób wydostania się z tego
miasta. Na lotnisku, jak i na statkach
pasażerskich są kontrole przed odprawą. Roman
Koperski napisał w swojej książce, że był
aresztowany przez wojsko na 3 dni, sądzony, a
następnie deportowany w samolocie wojskowym za
darmo do Moskwy. Wersja taka byłaby dla nas
optymalna, wprost wymarzona. Jednak wiedzieliśmy
już z uzyskanych na Lenie informacji, że relacje
tego podróżnika nie są prawdziwe i należy je
traktować jak sielankowe bajki o Syberii.
Aresztowanie i deportacja darmowa samolotem do
Moskwy byłaby dla nas wymarzona również z tego
powodu, że dowiedzieliśmy się, że ceny biletów do
Moskwy mogą przekroczyć znacznie sumę pieniędzy,
jaką posiadaliśmy. Powrót zaś statkiem do Jakucka,
potem do Ust-Kuta i dalej pociągiem do Moskwy i do
Polski może zając prawie miesiąc. Nie uśmiechała
się nam taka możliwość długiego powrotu. Tym
bardziej że gnały mnie i Piotrka obowiązki.
Płynąłem do Tiksi strapiony tymi myślami. Nie
długo jednak pogoda pozwoliła mi na zamartwianie
się.
Po ok. 15 minutach obrania kursu
bezpośrednio na widniejące w oddali domy Tiksi
przyszedł silny wiatr. Byliśmy daleko od brzegu w
Zatoce Niejełowo. Zaczęły pojawiać się dość duże
fale. Bałem się, że jeśli za moment prędkość
wiatru wzrośnie jeszcze bardziej będziemy mieli
spore kłopoty, aby uciec na najbliższy ląd. Kajaki
były miotane przez fale, tak że cały czas bardzo
silnie trzeba było pracować wiosłami, aby utrzymać
właściwy kurs. Fale miały wysokość ok. 2 m. Jedyną
dobrą stroną tej sytuacji było to, że wiatr
mieliśmy w plecy i fale nachodziły na nas od
strony rufy pchając kajak do przodu. Pamiętając o
sile wiatrów wiejących w tych regionach obawiałem
się, żeby nie przyszły, bowiem finał naszego rejsu
może być wtedy tragiczny. Rybacy ostrzegali nas
wcześniej przed tą zatoką. Mówili, że potrafi tu
nieźle sztormić. Na szczęście po ok. 1,5 godz.
wiosłowania osiągnęliśmy brzeg. Wypatrzyłem na
nadbrzeżu duży stary statek, który stał
zakotwiczony. Powiedziałem chłopakom, że za nim
będziemy lądować, aby zakryć się przed falą bijącą
o brzegi. Lądowanie chłopaków przebiegło bardzo
dobrze, moje trochę gorzej, bowiem jakaś większa
fala zalała mnie i kajak.
Na brzegu, gdzie wylądowaliśmy była
jakaś budka, z której wyszedł zaspany człowiek.
Wyglądał na stróża tych terenów. Był bardzo
zdziwiony naszym widokiem. Zdziwił się jeszcze
bardziej, gdy powiedzieliśmy mu, że przypłynęliśmy
tu aż spod samego prawie Bajkału. Zapytałem go,
czy możemy tu złożyć nasze kajaki i potem rozbić
namiot? Odpowiedział nam, że przepłynęliśmy do
Tiksi 3- militarnej części miasta i na jakiś teren
wojskowy. Kajaki złożyć możemy, ale namiotu rozbić
nie. Jeśli chcemy jeśli chcemy to musimy go rozbić
za ogrodzeniem. Wkrótce przyszli do nas jacyś
ludzie, którzy byli znajomymi stróża. Byli bardzo
zaskoczeni faktem, że przepłynęliśmy tu kajakami
aż spod Bajkału w 70 dni. Powiedzieli, że jeszcze
nie widzieli, ani nie słyszeli o kimś takim, kto
by przepłynął całą Lenę na wiosłach o własnych
siłach. Wyglądaliśmy chyba nędznie, brudni, nie
ogoleni z długimi brodami, wychudzeni, jak
prawdziwi podróżnicy. Szybko ludzie ci
zorganizowali nam coś do jedzenia, mimo, że ich o
to nie prosiliśmy. Opowiadaliśmy im o naszej
podróży. Powiedzieliśmy też o tym, że nie mamy
specjalnych wiz, aby tu przebywać i że w związku z
tym będziemy musieli chyba sami zgłosić się do „pograniczników”.
Przyznali mi rację. Zapytałem ich delikatnie czy
nie mogliby nam pomóc załatwić jakiegoś transport
do jednostki wojsk pogranicznych. Dowiedziałem się
bowiem, że jest ona dość daleko stąd. Stróż
odpowiedział, że jutro ok. godz. 12.00 przyjedzie
tu jego kolego samochodem i podrzuci nas do
jednostki. Zaproponował nam również nocleg w
swojej budce strażniczej. Sam bowiem jedzie do
domu. Ok. północy wszyscy pojechali do swoich
domów.
Do ok. 4.00 godz. nad ranem
składaliśmy kajaki i ekwipunek. Bardzo ciężko było
nam złożyć kajaki. Siedemdziesiąt dni na wodzie w
różnych warunkach sprawiło, że wiele rdzy pojawiło
się na śrubkach i łączach i dlatego też bardzo
ciężko było wszystko rozkręcić. |
| |
| |
| 19 VIII 2003 r. |
| |
O godz. 12.00 przyjechał znajomy strażaka -
Siergiej. Włożyliśmy cały nasz bagaż do jego
samochodu i pojechaliśmy do jednostki wojsk
pogranicznych. Jednostka ta znajdowała się w Tiksi
1. „Pograniczniki” wiedzieli już o naszym
nielegalnym przybywaniu w Tiksi. Wjechaliśmy do
ich jednostki. Tomek i Piotrek zostali w
samochodzie z Siergiejem, ja zaś poszedłem na
rozmowę. Przyjął mnie jakiś młody gruby major.
Przedstawił mi jak będzie wyglądała procedura w
naszej sprawie. Złamaliście rosyjskie prawo
pograniczne – mówił poważnie major - musicie zatem
ponieść konsekwencje. Zapłacicie karę w wysokości
500 rubli (ok. 17 $ USA) na każdego. Major zapytał
jednak mnie, czy nie jest to za dużo? Czy jesteśmy
w stanie zapłacić? Odpowiedziałem, że tak. Po
wypełnieniu wielu papierków przez majora do
gabinetu wszedł jakiś starszy oficer z wyższym
stopniem. Zaczęliśmy rozmawiać na różne tematy.
Oficer pochwalił się, że ma żonę Polkę. Pytał mnie
na temat życia w Polsce. Zapytałem go, czy pamięta
może Romana Koperskiego, który w 1998 r miał
przepłynąć Lenę pontonem na wiosłach i bez
pieniędzy a w Tiksi miał być aresztowany na trzy
dni przez wojska pograniczne? Oficer odpowiedział,
że nikogo takiego nie pamięta. Na pożegnanie
dowódcy wojsk pogranicznych kazali nam w celu
wypełnienia dalszych formalności zgłosić się do
FSB, byłego KGB.
W urzędzie FSB zostałem wypytany
przez urzędnika służb bezpieczeństwa o nasz sprzęt
fotograficzny, kamerę video i GPS. Urzędnik
zadawał mi wiele pytań. Gdzie robiliśmy zdjęcia
fotograficzne? Gdzie kręciliśmy filmy video? Gdzie
wprowadzaliśmy dane do GPS, jak często, i ile ich
mamy? Kiedy przyjechaliśmy do Rosji? Jak
przebiegała nasza podróż aż do Tiksi? Urzędnik
wypytujący mnie był pod wrażeniem naszej
ekspedycji kajakowej. Z zaciekawieniem słuchał
moich opowieści o przygodach na Lenie. Powiedział
mi, że w zeszłym tygodniu było u niego czterech
Polaków, którzy przypłynęli promem z Jakucka do
Tiksi i chcą przejść pieszo odcinek przez tundrę z
Tiksi do Kisjura. Pokazał mi odbitki danych
personalnych z ich paszportów. Było to dwóch
chłopaków i dwie dziewczyny. Byli to studenci z
jakiegoś uniwersytetu w Polsce. Byłem zaskoczony
faktem, że nie posiadali z sobą GPS. Tereny te
bowiem, które chcieli przejść są dzikie, a kompas
który posiadają może okazać się bezużyteczny,
bowiem często w ziemi tutejszej są złoża żelaza.
Urzędnik był trochę zaniepokojony bezmyślnością
tych studentów, ich złym przygotowaniem do tego
marszu.
Po załatwieniu formalności z FSB
pojechaliśmy do banku, aby zapłacić tam naszą
karę. W banku musiałem wypełnić wiele papierków,
aby na końcu wpłacić pieniądze na jakieś konto
wojsk pogranicznych w banku znajdującym się w
Workucie.
Kiedy jechaliśmy samochodem przez
Tiksi Piotrek dostrzegł na ulicy naszą znajomą z
bazy młodzieżowej 33- Rajsę. Szybko z Tomkiem
wyskoczył z samochodu, aby się z nią przywitać.
Rajsa wypytała nas o nasze sprawy z „pogranicznikami”
i zaprosiła nas do siebie, swego domu w bloku.
Przetelefonowałem na lotnisko, aby się dowiedzieć
kiedy latają samoloty do Moskwy i ile kosztują?
Informacje jednak te nas załamały. Samoloty latają
nawet w miarę często, ale bilet na jedną osobę
kosztuje ponad 13 000 rubli (ok. 433 $ USA), za
bagaż zaś ok. 100 kg trzeba zapłacić ok. 13 000
rubli. My mieliśmy bagażu ok. 120 kg. Łącznie więc
powrót lotniczy z Tiksi do Moskwy kosztowałby nas
ok. 2000 $ USA. Takiej kwoty pieniędzy nie
posiadaliśmy z sobą. Słyszałem od Siergieja, że
ludzie z Tiski do Moskwy latają często samolotami
wojskowymi. Bilety te są prawdopodobnie o połowę
tańsze. Rajsa przetelefonowała do swoich znajomych
lotników wojskowych i zapytała ich o możliwość
zabrania nas w samolocie wojskowym w regiony
Moskwy. Sprawa jednak ta nie była prosta. Lotnicy
wojskowi aktualnie nie chcą nikogo przewozić z
sobą, mają bowiem częste ścisłe kontrole na swoich
lotniskach pod Moskwą. Wpadłem więc na pomysł, aby
wybrać się do „pograniczników” i zwrócić się do
nich z prośbą o pomoc. Przy okazji chciałem ich
powiadomić o miejscu naszego przebywania w Tiksi,
bowiem wcześniej mnie o to prosili. Poszliśmy więc
z Rajsą i jej koleżanką Ludomiłą do jednostki
wojsk pogranicznych. Byliśmy przyjęci przez
młodego kapitana, który akurat miał służbę.
Powiedziałem mu o naszym problemie. Dowódca zmiany
odpowiedział, że spróbuje coś zrobić w tej
sprawie, ale niczego nie może obiecywać. Odpowiedź
zaś da dopiero za dwa dni.
Czekamy więc w mieszkaniu Rajsy na dalszy
rozwój wypadków. Rajsa i jej córka jutro wylatują
helikopterem do swojej bazy 33. |
| |
| |
| 20 VIII 2003 r. |
| |
Rajsa dała nam swoje mieszkanie na czas naszego
przebywania w Tiksi. Pożegnaliśmy się serdecznie z
nią i podziękowaliśmy za gościnność.
Chodziliśmy w ciągu dnia po Tiksi
zwiedzając to miasto. Szczególne wrażenie zrobiło
na nas muzeum w Tiksi. Było w nim dużo eksponatów,
które bardzo nas zainteresowały. Między innymi
dowiedzieliśmy się dużo na temat wypraw polarnych,
które były robione w te regiony. Był w muzeum
krzyż z grobu amerykańskiego polarnika z XIX w.,
który umarł z głodu na jednej z wysp delty Leny.
Dowodził on wyprawą, której celem było zdobycie
bieguna północnego. Niestety statek ich uwięziły i
zmiażdżyły lody. Załoga wraz z kapitanem zmuszona
była uciekać na ląd. Jednak w czasie wędrówki
prawie wszyscy umarli z głodu, tylko paru członkom
załogi udało się dotrzeć na ląd i prosić
tutejszych ludzi o pomoc. W muzeum znajdował się
dziennik dokumentujący ostatnie dni życia
polarników. W jednej z komnat były zdjęcia z
wyprawy tegorocznej paru sportowców na nartach z
Tiksi do Jakucka.
Poznaliśmy też przez „przypadek”
kiedy kupowaliśmy chleb w sklepie ekspedientkę,
która poradziła nam, aby udać się z naszym
problemem do tutejszych władz miasta. Powiedziała
również, że pomoże nam dotrzeć do władz.
Umówiliśmy się z nią jutro na godz. 10.00. rano. |
| |
| |
| 21 VIII 2003 r. |
| |
Kiedy rano przyszliśmy do sklepu ekspedienta
poinformowała nas, że sama telefonowała już do
odpowiednich ludzi i sprawa nasza jest załatwiona.
Powiedziała, że musimy zgłosić się do sztabu
wojskowego do płk. Kudriaszowa. Podziękowaliśmy
jej serdecznie za pomoc i udaliśmy się natychmiast
do sztabu.
Sztab wojskowy mieścił się w Tiksi 3.
Tiksi 1, w którym przebywaliśmy było odległe od
Tiksi 3 ok. 8 km. Ruszyliśmy piechotą w jego
kierunku. Po drodze jednak udało się nam złapać na
autostopa jakiś samochód. Płk Kudraszow przyjął
nas w swoim gabinecie i powiedział, że na samolot
w kierunku Moskwy musimy trochę poczekać.
Powiedział też ile będą nas kosztować bilety na
ten samolot. Cena nie była dla nas tragiczna.
Jutro prosił aby do niego przyjść o 11.00 to powie
nam więcej szczegółów. Byliśmy bardzo zadowolenie
z takiego obrotu spraw. |
| |
| |
| 22. VII 2003 r. |
| |
O godz. 11.00 byliśmy znowu w sztabie u
pułkownika. Niczego jednak konkretnego nam nie
powiedział. Poprosił, abyśmy jutro o 12.00
przetelefonowali do niego, to może będzie
posiadał, jakieś informacje.
Wieczorem wybraliśmy się do jednostki wojsk
pogranicznych. Kapitan jednak powiedział, że
niczego nie załatwił. Powiedziałem mu, że nic nie
szkodzi. Płk. Kudraszow obiecał nam pomoc.
Kapitan, jak i inni żołnierze, którzy znajdowali
się w gabinecie zaproponowali nam kawę. Zaczęliśmy
rozmawiać o różnych spraw. Objaśnili mi
szczegółowo, jak na przyszłość załatwić sobie
legalne przebywanie w regionach granicznych.
Opowiedzieli też ciekawostkę o obronie przed
niedźwiedziami. Otóż jakiś japoński naukowiec
opracował najnowszą metodę odstraszania
niedźwiedzi bez broni. Polegało ona na tym, żeby
pokazać niedźwiedziowi, że znajduje się przed nim
osobnik z wyższym wzrostem. Ponoć niedźwiedzie
wycofują się, jak zobaczą kogoś, kto jest wyższego
wzrostu od nich. Praktycznie metoda ta polega na
tym, że jeden człowiek wchodzi na drugiego na
barana i macha jakimś przedmiotem: wiosłem, czy
czymś podobnym. Roześmiałem się, jak to
usłyszałem. Żołnierze jednak powiedzieli, że to
nie żart, ale autentyczna metoda. Pokazali mi
również specjalny śpiwór wojskowy, który używają w
warunkach tu panujących. Mówili, że można w nim
spać nawet pod gołym niebem przy - 50° C. Śpiwór
ten był wykonany z grubego brezentu i skóry
barana. Jego wadą było to, że zajmował dużo
miejsca i był trochę ciężki. Żołnierze wspomnieli
również o Polakach, którzy wyruszyli, aby przejść
tundrą z Tiksi do Kisjura. Powiedzieli o nich, że
są "samobójcami”. Wyruszyli bez dobrego sprzętu na
taką wyprawę. Nie mają GPS, a kompas jest w tych
regionach bezużyteczny. Nie mają odpowiedniej
odzieży, aby poruszać się po tundrze. Nie mają
broni. Nie wzięli na drogę dużo jedzenia.
Żołnierze stwierdzili, że jeśli nie spotkają
miejscowych ludzi to będą mieli duże problemy.
Wyprawa tych młodych ludzi – mówili żołnierze –
świadczy o głupocie i bezmyślności. Odradzali im
drogę przez tundrę a proponowali drogę do Kisjura
wzdłuż brzegów Leny. Żołnierze podsumowali całą
dyskusję na ich temat stwierdzeniem, że będą oni
mieli wielkie szczęście, jeśli dojdą do Kisjura. |
| |
| |
| 23 VIII 2003 r. |
| |
Przetelefonowaliśmy do pułkownika o godz. 12.00.
Powiedział nam, że dzisiaj o godz. 19.00 wylatuje
samolot do Rezania, który jest ok. 200 km od
Moskwy. Pułkownik powiedział nam, że będzie na nas
czekał na lotnisku przy samolocie. Informacja ta
wprawiła nas w radość.
Spakowaliśmy nasze bagaże. Ludmiła-
znajoma Rajsy załatwiła nam transport na lotnisko.
O godz. 18.00 wyjechaliśmy na lotnisko. Niestety
czekała nas tam przykra niespodzianka. Samolot
został odwołany. Przetelefonowaliśmy więc do
pułkownika, aby dowiedzieć się czegoś nowego.
Powiedział nam, że samolot ten wystartuje za dwa
dni. Prosił, aby do niego przetelefonować za dwa
dni o godz 12.00. |
| |
| |
| 24 VIII 2003 r. |
| |
|
Dzień ten przeszedł na monotonnym oczekiwaniu.
Odwiedziliśmy dziś jeden ze zborów protestanckich
w Tiksi. Uczestniczyliśmy w modlitwach. Ludmiła
była bowiem przewodniczącą jednego z zborów w
Tiksi. Dowiedzieliśmy się, że w regionach tych
jest bardzo dużo gmin protestanckich. Ludzie nawet
z dalekich regionów przyjeżdżają, aby wspólnie się
modlić. Protestantyzm jest bardzo rozpowszechniony
na tych terenach. Ludzie, którzy uczestniczyli w
modlitwie sprawiali wrażenie neofitów. Wiara w
Jezusa Chrystusa była dla nich najważniejsz.
Oprócz protestantów mieszkają na tych terenach
prawosławni i spadkobiercy szamanizmu, którzy po
komunistycznej ateizacji mają problemy z dokładnym
sprecyzowaniem swojej wiary. Brak jest natomiast
katolików. Dowiedzieliśmy się, że Pismo Św (Nowy
Testament) jest przetłumaczone już na język
Jakutów i Ewenków. Ciekawą rzeczą dla mnie było
zauważenie, że Jakuci, jak i Ewenkowie przejęli
alfabet od Rosjan. Litery w ich językach są
rosyjskie. |
| |
| |
| 25 - 27 VIII.
2003 r. |
| |
O godz. 12 przetelefonowaliśmy do pułkownika.
Powiedział nam, że samolot wylatuje dzisiaj o
18.00. Cieszyliśmy się a jednocześnie obawialiśmy,
czy samolot nie będzie znowu odwołany? Na
szczęście tym razem wszystko przebiegło bez
problemów. Samolot wystartował. Z okien samolotu
żegnałem się z Syberią. Miałem jednak silne
przeczucie, że jeszcze tu nie raz wrócę.
Po wylądowaniu w Rezaniu udało nam
się kupić bilety na bezpośredni pociąg do Grodna.
Do Grodna dojechaliśmy 27 VIII o godz. 5.00 nad
ranem. Następnie zaś autobusem białoruskim do
Polski. W Sokółce byliśmy ok. 8 nad ranem. Koniec
przygody, a jednocześnie tęsknota za następną.
Koszt całej leńskiej wyprawy na
jednego uczestnika wyniósł ok. 650 $ USA.
Tomek i Piotrek sprawdzili się w
wyprawie na złoty medal. Ja zaś miałem kolejną
nauczkę, że nie warto się lękać „wypływać na
głębię”. Życie jest przecież po to, aby żyć. |
| |
| |
|
X. Dariusz Sańko
dareksanko@hotmail.com |
| |
| |
|
- strona 6 - |
| |
|
strona:
| |
|
|
|
|
| |
| |
|
|
| |
| |
|
|
|
| |
|
|
|
|